Girl with the orchid tattoo

MIŁOŚĆ NIE JEST OKRUTNA TO MY JESTEŚMY OKRUTNI MIŁOŚĆ NIE JEST GRĄ TO MY ZROBILIŚMY GRĘ Z MIŁOŚCI

Ważne

Następny rozdział: 04.06.2017

Rozdziały pojawiają się co jeden lub dwa tygodnie. Nie informuję o tym, zatem polecam obserwować bloga lub zwracać uwagę na to miejsce, ponieważ data czy informacja o ewentualnych opóźnieniach, zawsze pojawią się właśnie tutaj.

Wszystko co znajduje się na blogu jest wytworem mojej wyobraźni. To fikcja literacka osadzona w realnym świecie. Niektóre elementy fabuły mogą nie zgadzać się z faktycznymi wydarzeniami.

Pragnę zaznaczyć, że w tekście mogą pojawić się wulgaryzmy czy treści o zabarwieniu erotycznym.

Na blogu pojawia się opowiadanie autorskie, które jest stworzone tylko i wyłącznie przeze mnie. Zakazane jest kopiowanie treści.

Drogi czytelniku, każda opinia jest na wagę złota, dlatego jeśli przeczytałeś to pozostaw po sobie ślad w postaci komentarza :)

Popularne posty

wszystkie rewolucje
zaczynają się i kończą
jego ustami
- rupi kaur

Złapała go za klapy marynarki i przyciągnęła do siebie, całując namiętnie i opierając się jeszcze mocniej o ścianę. Powinien ją wyciągnąć z tego miejsca i zawieść do domu, ale nie potrafił się oprzeć. Jej pocałunek był drapieżny i intensywny. Była pewna tego, co chce. Smakowała jak wino, które zapewne sączyła cały wieczór, ale nie zdawała się pijana, jak coś to wstawiona. Przechyliła lekko głowę i przygryzła jego wargę. Odsunęła się kawałek, patrząc mu w oczy i oddychając głęboko.
— Podobała się gra? — mruknął.
— Bardzo... — Uśmiechnęła się łobuzersko i przejechała językiem po jego wargach.
— Jesteś pijana...
— Wstawiona... — Wsunęła dłonie pod jego ubranie i przycisnęła do siebie. — Zastanawiałam się, kiedy się wkurzysz... Byłam zaskoczona, że wtedy na tarasie się nie odwróciłeś...
— Odwróciłem się za późno... Byłem w szoku, że w jednym tygodniu wymiotujesz, a w drugim, że do mnie lepisz...
— Dla jasności, nie byłam wtedy pijana. Zatrułam się i panikowałam, że nie wyzdrowieję do naszego spotkania... Zarzygana pewnie bym nie zrobiła na tobie wrażenia. A tak w ogóle, wtedy nie miałam pojęcia, że to ty. Później, jak najbardziej...
— Czyli nie chciałaś mnie poderwać tamtej nocy?
— Tamtej nie. Każdej kolejnej, oczywiście. — Na jej wargach pojawił się nieznaczny uśmieszek.
Zachichotała cicho i znowu go do siebie przyciągnęła, żeby złączyć ich wargi w namiętnym pocałunku. Pozwoliła mu się smakować, odchylić głowę do tyłu. Jej oddech przyspieszył, gdy przejechał ustami po jej szyi. Muzyka dudniła w ich ciałach, a odległe światła z sali głównej, rzucały cienie na twarze. Ludzie, którzy ich mijali, nawet nie zwracali uwagi, bo takie sceny były tu normą. Dopóki by się nie zaczęli pieprzyć, byli raczej niewidzialni dla większości. 
Spuściła wzrok na trzymany przez niego telefon, który dawał znać o połączeniu.
Pokazał jej, żeby poczekała i odebrał.
— Tak... Znalazłem... Kurwa... — warknął, gdy dziewczyna wróciła na salę. — Jest w klubie, ale właśnie zniknęła w tłumie. Spokojnie, Ian. Nie wymknie się. 
Schował telefon do kieszeni spodni i wyszedł na salę, rozglądając się za Ivy. Krążył między ludźmi piętnaście minut. W końcu dostrzegł ją, jak w jednym z korytarzy szarpie się z jakimś facetem, który najwyraźniej nie chciał pozwolić jej odejść. Collins zaczął przeciskać się między ludźmi, widząc jak nieznany oprawca, ciągnie dziewczynę do wyjścia z baru. Po kilku, wyjątkowo długich, minutach wyszedł przed klub i spojrzał na boki. Blondynka siedziała na murku przed klubem, z głową opuszczoną między kolana. Wysunęła dłoń w jego stronę, gdy tylko stanął za blisko.
— Odsuń się... — mruknęła.
— Hej... Jesteś cała? — spytał, kucając przed nią.
— Mhm... Trochę mi się słabo zrobiło... — powiedziała z bladym uśmieszkiem. — Kopnęłam go w jaja... — zaśmiała się cicho i wskazała na faceta, który stał pod ścianą, trzymając się za krocze. — Przez przypadek...
Zdjął z siebie marynarkę i narzucił jej na ramiona, lekko rozcierając je, bo dziewczyna drżała.
— Czemu uciekłaś?
— Bo wydawało mi się to dobrym pomysłem... — mruknęła. — No wiesz... Złap mnie, jeśli potrafisz...
Pomógł jej wstać i spojrzał, jak jego kierowca otwiera dla nich drzwi. Objął ją i zaprowadził do samochodu, po czym zajął miejsce obok niej.
— Spójrz na mnie — rozkazał. — Będziesz wymiotować?
— Co? Nie. Raczej nie... Muszę się położyć. Nic mi nie jest... Zawieziesz mnie do domu?
— Wszyscy tam na ciebie czekają... — mruknął.
— Dlaczego...? — warknęła. — Kurwa... — Wcisnęła mu w dłoń telefon, który leżał między nimi na siedzeniu. — Zadzwoń, powiedz że się upiłam i zabierasz mnie do siebie. A potem mnie odwieź do domu... 
— Czy ty mi rozkazujesz? — Uniósł do góry jedną brew.
— Nie pierwszy raz... — Uderzyła głową w oparcie i popatrzyła do góry. — Proszę...
— Nie powinnaś być sama. — Wybrał kontakt i już po chwili usłyszał głęboki głos jej ojca. — Znalazłem ją. Jest trochę pijana, ale cała. Zabieram ją do siebie. Dlaczego? Żeby mieć ją na oku... — Uśmiechnął się łobuzersko w jej stronę, na co wywróciła oczami. — Tak, powiem, żeby zadzwoniła rano. Nie martw się...
— Świetnie, a teraz zabierz mnie do domu... — warknęła, gdy odłożył telefon.
— Taki mam zamiar... — Rozsiadł się wygodnie i odwrócił głowę, żeby na nią spojrzeć.
Nadal była trochę blada i z trudem trzymała głowę w pionie, ale w oczach malowała się złość.
— Do mojego domu.
— Nie ma takiej opcji. Obiecałem twojemu ojcu, że się tobą zaopiekuję...
Jęknęła zrezygnowana, bo nie miała siły z nim dyskutować i się spierać. Alkohol, zmęczenie i nadmiar wrażeń skutecznie zniechęciły ją do walki i pozwoliła się zabrać do jego mieszkania.

— Gdzie masz łazienkę? — spytała, gdy otworzył przed nią drzwi do ogromnego apartamentu. — Co jest z wami bogaczami, że macie obrzydliwie wielkie mieszkania, a żyjecie sami? — Odwróciła się do niego na chwilę. 
Patrzył na nią rozbawiony, opierając się o framugę.
— Ile jest tu sypialni?
— Cztery.
— Po co? 
— Bo tak jest zaprojektowane to mieszkanie? — odparł z uśmiechem.
— Po co tobie tyle sypialni? — Drążyła.
— Znajomi czasami zostają po spotkaniach. Moja siostra ma tu pokój, bo często nie może wytrzymać z rodzicami... Mój przyjaciel z Chicago zatrzymuje się tutaj, a nie w hotelu. — Wzruszył ramionami.
Blondynka uniosła do góry brew i skrzyżowała ręce na piersiach. 
— Na cholerę ci takie duże mieszkanie? 
Zaśmiał się głośno.
— Bo mnie stać. Metraż jest tylko trochę mniejszy od penthouse'a na górze, ale tam jest sześć sypialni i w dodatku ta wysokość... — Skrzywił się. — Tu mam biuro, w którym mogę pracować i ciemnię, na którą przerobiłem jeden z pokoi. Lubię przestrzeń i nie lubię ograniczeń. Nie analizuj tego nadmiernie, Ivy. My bogacze tak już mamy, że lubimy pławić się w luksusach... — Nachylił się nad nią i puścił oczko. — Tu masz jedną łazienkę... — Wskazał na drzwi za nią. — A jak wejdziesz tu... — Odsunął drzwi do sporego przedsionka. — Po lewej, od strony okien jest znacznie większa — dodał. — Powinnaś zjeść... Przygotuję coś... Nie krępuj się...
Nie miała zamiaru. Wkroczyła do pomieszczenia i rozejrzała się. Podłoga była z jasnego dębu, ściany miały szary kolor, a na wprost drzwi, które właśnie przekroczyła, były kolejne, zamknięte. Trochę powyżej linii jej spojrzenia, wisiały czarno-białe fotografie. Jednak to ściana po lewej stronie ją zachwyciła. W całości była złożona z wielkich okien i parapetów przerobionych na siedziska. Naprzeciwko stało podwójne łóżko, kanapa i dwa fotele. Na stoliku leżał laptop i jakaś książka. Zauważyła drugie drzwi, po drugiej stronie korytarza. Te jednak były otwarte, więc weszła. Garderoba. Ściany po obu stronach zajęte były przez starannie wyprasowane koszule w różnych kolorach, spodnie i marynarki, a także kamizelki. Na półkach leżały krawaty, buty, zwykłe jeansy i koszulki. Przejechała dłonią po drogich materiałach, wiedząc jak każda z tych części garderoby, dobrze wygląda na właścicielu. Spojrzała na swoją sukienkę i doszła do wniosku, że potrzebuje prysznica, a nie będzie paradować w kiecce całą noc. Miała się nie krępować? Chwyciła jeden z szarych t-shirtów i weszła dalej, do dużej łazienki, z wanną ustawioną pod kolejnym ogromnym oknem. Po lewej miała przeszklony prysznic, półkę z umywalką i toaletę.
— Chcę być obrzydliwie bogata... — mruknęła pod nosem i skierowała się w stronę prysznica.

Kiedy wróciła do wejścia do mieszkania, zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu kuchni. Weszła do wielkiego salonu, w którym stał fortepian, wygodne kanapy i fotele, a także duży stół z mnóstwem krzesełek. Z pomieszczenia obok dobiegała cicha muzyka, więc Ivy założyła, że to tam jest kuchnia. Ściany, tak jak w sypialni, zdobiły fotografie. Zatrzymywała się, żeby je pooglądać. Były zrobione przez Nicholasa. Widziała w nich jego styl. Uśmiechnęła się pod nosem i wkroczyła do sporej kuchni, po której krzątał się mężczyzna. Zdążył już zdjąć marynarkę, rozpiąć u góry koszulę i podwinąć jej rękawy aż do łokci.
— Czym sobie zasłużyłam, żeby skorzystać z głównej łazienki, panie Collins? — spytała, podchodząc do wyspy i siadając przy niej. Obserwowała, jak spokojnie przesuwa się w jedną i drugą stronę, biorąc coś z szafek. Nie odwrócił się do niej, a jednak wiedziała, że się uśmiecha. 
— Świetnie sobie poradziłaś z wystawą... — W końcu odsunął się od blatów i odwrócił w jej stronę, stawiając przed nią kubek z parującą herbatą i talerz z kanapkami. 
Aż pociekła jej ślinka, bo wyglądały smakowicie, a ona chyba dotychczas nie zdawała sobie sprawy, jaka jest głodna. Chwyciła jedną z nich i ugryzła. 
— Rozumiem, że to podziękowanie za moją ciężką pracę. Tylko masz problem... Mogę się kiedyś ukryć w twojej garderobie i tam zamieszkać. Ta wanna i widok z niej sprawia, że mam ochotę rozmoknąć, leżąc w niej do końca życia... — zaśmiała się cicho.
— Wiesz, budzenie się w łóżku z takim widokiem też jest niezłe, a jednak nie ryzykuje się rozmoknięcia... — Uśmiechnął się do niej i przyjechał palcem w kąciku jej ust, ściągając z jej skóry kawałek awokado. — Zaraz wracam... — dodał i zniknął za drzwiami.
Ivy dopiero teraz wypuściła powietrze, które wstrzymywała od kilkunastu sekund. Zatopiła zęby w kolejnej kanapce i odwróciła się w stronę okna. Nowy Jork był jak zwykle oświetlony tysiącami świateł i hipnotyzował. Zauważyła, że wzdłuż szyby, między dwoma kawałkami ściany, jest kolejny wąski blat i trzy krzesełka. Przeniosła się tam, żeby móc podziwiać krajobraz. Upiła łyk gorzkiej herbaty. Normalnie chciałaby ją posłodzić, ale po dzisiejszym winie, postanowiła nie kusić losu.
Krzyknęła głośno, gdy usłyszała stuknięcie za sobą. Szybko spojrzała w tamtym kierunku, tylko po to, by zobaczyć niewielkiego kota, siedzącego na wyspie i przyglądającego się jej uważnie. Miał niesamowite szare futerko, które zdawało się wyjątkowo miłe w dotyku i przenikliwe niebieskie oczy. Ona, rzucała mu nieufne spojrzenie. Zwierzęta jej nie lubiły. Pewnie dlatego, że czuły, iż jest złym człowiekiem.
— Spokojnie, to tylko Bob — powiedział Nicholas, wracając do pomieszczenia.
— Bob, serio? Nie mogłeś mu wymyślić innego imienia? — Wywróciła oczami, nadal na niego nie patrząc. Obserwowała zwierzę, bojąc się, że zaraz ją zaatakuje.
— Gdzieś je usłyszałem i tak zostało. — Podszedł do zwierzęcia i wziął je na ręce. Bob mruknął tylko z zadowolenia, gdy podrapał go za uchem. — Pasuje do niego.
— Nie zaprzeczę. — Odsunęła się nieznacznie, gdy zbliżył się do niej.
— Co ty, boisz się?
— Nie ufam kotom, nie lubią mnie... — mruknęła, wracając do jedzenia. — Czują, że jestem złym człowiekiem.
— A to dobre. Daj rękę...
— Posrało cię?! Nie dotknę tej bestii z ostrymi pazurami i wielkimi kłami!
— No przecież cię nie zje! Zwierzęta zachowują się w stosunku do nas jak my do nich... — Pociągnął Ivy za rękę i położył ją na grzbiecie zwierzaka. — Widzisz?
Kot tylko mruknął i wtulił się w właściciela.
— Patrzy na mnie nieufnie.
— Bo jesteś nowa w jego otoczeniu. Pogłaskaj go, daj mu uwagę i nakarm, a jestem pewny, że ten mały zdrajca pokocha bardziej ciebie niż mnie — zaśmiał się, odstawiając niezadowolonego kota na ziemię. — Gdyby mógł, pewnie już dawno poprosiłby o azyl u mojego przyjaciela, bo nie schodzi mu z kolan, gdy tu jest. W każdym razie... Siostra błagała, żebym wziął jednego, bo jej koleżance urodziły się trzy, a nie miała na nie warunków. No i mieszka ze mną od niecałego roku.
— Ładny...
Akurat to musiała przyznać, że kot naprawdę był uroczy. Wprawdzie nadal czuła się przy nim niepewnie, ale jego niebieskie oczy, obserwowały ją z zaciekawieniem, a nie otwartą nienawiścią.
— Okey, rozumiem chęć posiadania tego mieszkania... — powiedziała, zmieniając pospiesznie temat. — Chcę uprawiać seks w twojej wannie... — zawiesiła na chwilę głos, słysząc, jak Nicholas krztusi się herbatą. — I pod prysznicem... Taki widok! — krzyknęła, wpatrując się w krajobraz przed sobą.
Kochała Nowy Jork. Może trochę za bardzo.
— Czy to jakaś propozycja?
— A co? Zgodziłbyś się? — Rzuciła mu najbardziej uwodzicielskie spojrzenie, jakie była w stanie po tylu kieliszkach wina.
— Jesteś pijana.
— Wstawiona! — krzyknęła oburzona.
— Tak, tak... Wstawiona — odparł i zajął miejsce obok niej. Miał na sobie czarne, dresowe spodnie i zwykły biały t-shirt. — Podoba ci się moja koszulka?
— Wygląda na mnie znacznie lepiej niż na tobie... — Uśmiechnęła się łobuzersko i podsunęła mu talerz z kanapkami. Liczyła, że wróci z mniejszą ilością ubrań na sobie, ale fakt, że mogła podziwiać jego wyrzeźbione przedramiona, musiał jej na razie wystarczyć.
— Bywasz bezczelna, co? Ale muszę się zgodzić... — mruknął i wziął jeden z kawałków chleba. — Powiesz mi, co się dzisiaj wydarzyło?
Wzruszyła ramionami i utkwiła wzrok w Central Parku.
— Czemu rzuciłaś pracę?
— Bo mój szef to fiut — warknęła z brutalną szczerością, nie przejmując się wulgaryzmem, jaki wydostał się spomiędzy jej warg.
— To dlaczego nic nie powiedziałaś?
— Bo chciałam zorganizować twoją wystawę... — Popatrzyła w końcu na niego. — Z której uciekłeś. Nie ładnie. — Skarciła go wzrokiem. — Dlaczego?
— Bo zniknęłaś i nie odbierałaś telefonu. Skoro tak ci zależało na tej wystawie i nagle wyszłaś, to musiało stać się coś złego. 
— Cóż... Dziękuję. Mimo wszystko. Ale nie wydarzyło się nic złego... 
Złapał ją za kark i popatrzył prosto w oczy, zupełnie unieruchamiając jej głowę. Jego dłoń na jej skórze sprawiła, że zrobiło jej się gorąco. Mimo siły w tym geście czuła jak delikatnie uciska jej napięte mięśnie. Z trudem przełknęła kęs kanapki, nadal patrząc się prosto w jego oczy. Po prostu nie mogła spuścić wzroku.
— Jak się czujesz? — zapytał ostrym głosem. Wiedziała, że musi odpowiedzieć i nie da rady się wykręcić.
— Znośnie. Trochę boli mnie głowa. Cóż najwyraźniej wino mi dzisiaj szybko weszło... I chyba za dużo wrażeń jak na jeden dzień... — zaśmiała się cicho, nie spuszczając wzroku z jego oczu. — Naprawdę... Wyśpię się i będę jak nowo narodzona. Jestem po prostu zmęczona...
— W porządku... — mruknął, w końcu ją puszczając. Zajął się jedzeniem i zamilkł na dłuższą chwilę.
— Dlaczego się tak uparłeś, żebym przyjechała tutaj?
— Chciałem cię mieć na oku — odparł rzeczowo.
— Ale dlaczego?
— Czuję ogromną potrzebę, żeby cię powstrzymać przed robieniem głupstw jak uwodzenie obcego w klubie... — mruknął ironicznie i znowu na nią popatrzył. Był śmiertelnie poważnie.
— Nie byłeś obcy... 
— Nie byłaś przypadkiem zmęczona? — mruknął i wstał z miejsca. 
Obserwowała go, jak sprząta i wkłada naczynia do zmywarki. Uśmiechnęła się lekko pod nosem i zeskoczyła z krzesełka, żeby się rozprostować. Jego koszulka sięgała jej ledwo za pupę, jednak gdy uniosła ręce do góry, odsłoniła czarną, koronkową bieliznę, którą miała na sobie. Słyszała, jak mężczyzna wciąga głośno powietrze. Jej nogi były szczupłe, pośladki jędrne, a gdy materiał koszulki napiął się na jej piersiach, widać było, że dziewczyna ma w jednym z sutków kolczyk. Dopiero teraz zauważył, że na stopie miała jeszcze jeden tatuaż. Za kostką prawej stopy, miała dwie niewielkie gałązki lawendy. Wprawdzie całość była w bardzo jasnych, nieco wyblakłych barwach, jednak kwiatuszki były widocznie fioletowe. Tak jak w przypadku orchidei, sposób wykonania nasuwał na myśl obrazy namalowane akwarelami.
Zamknęła oczy i ziewnęła, zasłaniając usta.
— Chyba jestem bardzo zmęczona... — mruknęła, słysząc, jak jej kości wskakują na swoje miejsce. Skrzywiła się. Nienawidziła tego dźwięku. 
Patrzyła, jak Nicholas chwilę jej się przypatruje, po czym podchodzi i bez słowa bierze ją na ręce. Pisnęła zaskoczona, ale pozwoliła się zanieść tam, gdzie chciał, żeby spała.