MIŁOŚĆ NIE JEST OKRUTNA TO MY JESTEŚMY OKRUTNI MIŁOŚĆ NIE JEST GRĄ TO MY ZROBILIŚMY GRĘ Z MIŁOŚCI

Ważne

Następny rozdział: 06.08.2017

Rozdziały pojawiają się co jeden lub dwa tygodnie. Nie informuję o tym, zatem polecam obserwować bloga lub zwracać uwagę na to miejsce, ponieważ data czy informacja o ewentualnych opóźnieniach, zawsze pojawią się właśnie tutaj.

Wszystko co znajduje się na blogu jest wytworem mojej wyobraźni. To fikcja literacka osadzona w realnym świecie. Niektóre elementy fabuły mogą nie zgadzać się z faktycznymi wydarzeniami.

Pragnę zaznaczyć, że w tekście mogą pojawić się wulgaryzmy czy treści o zabarwieniu erotycznym.

Na blogu pojawia się opowiadanie autorskie, które jest stworzone tylko i wyłącznie przeze mnie. Zakazane jest kopiowanie treści.

Drogi czytelniku, każda opinia jest na wagę złota, dlatego jeśli przeczytałeś to pozostaw po sobie ślad w postaci komentarza :)

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział. Pokaż wszystkie posty
Jak przez mgłę pamiętała, że jak zwykle chciała wymknąć się z łóżka, bo nigdy nie sypiała z nikim po seksie. Ale Nicholas przyciągnął ją zdecydowanie do siebie i po raz kolejny doprowadza ją do pełnego spełnienia. Po tym, nie była w stanie się ruszać, więc po prostu pozwoliła się objąć, by po chwili usnąć. 

Rano, była w łóżku sama, chociaż pościel nadal była ciepła po stronie, na której spał Nick. Leżała chwilę patrząc na sufit, bo nadal nie mogła uwierzyć, że w ciągu jednej nocy, przeżyła więcej orgazmów niż przez całe swoje życie. Nie miała pojęcia jakim cudem. Przecież z Damienem seks był całkiem niezły i nigdy nie zakończył się dla niej tak jak powinien. Wcześniejszych zbliżeń nawet nie brała pod uwagę. 
Przeciągnęła się, czując przyjemny ból w mięśniach. Mogła myśleć co chciała i analizować wszystko co się wydarzyło, ale musiała przyznać, że Nicholas był w łóżku naprawdę świetny. Skupiał się na niej, a nie tylko dążył ślepo do zaspokojenia swoich potrzeb. Był namiętnym i silnym kochankiem, który nie zapominał o partnerce. Tu znalazła jeden powód, dlaczego Damien nigdy jej nie zaspokoił. 
Podniosła się z łóżka, poszła pod prysznic, a potem weszła na górny pokład. Zjadła przygotowane śniadanie, wzięła aparat i ruszyła na dziób. Nicholas siedział na samym środku, twarzą skierowaną w stronę, w którą płynęli. Stanęła za nim.
— Planowałem zdjęcia o wschodzie słońca... Ale chyba byłbym skończonym skurwysynem, gdybym cię wyciągnął z łóżka o piątej rano... — mruknął, odchylając się do tyłu i opierając o jej nogi. 
Uśmiechnęła się pod nosem i zrobiła mu zdjęcie.
— Racja. Zmieszałabym cię z błotem i wyrzuciła z pokoju.
A teraz zrobiłaby dosłownie wszystko, żeby zaciągnąć go do niego z powrotem. 
Zdzira.
— Lot mamy o trzynastej. Za jakieś trzy godziny będziemy w Vancouver. A to daje nam jeszcze trzy godziny zdjęć. Siadaj — rozkazał i przesunął się nieznacznie.
Zajęła miejsce obok niego i spojrzała w ten sam punkt.
— Obiektywy lubią przekrzywiać. Czasami wydaje się, że w wizjerze jest prosto, a jednak zdjęcie tak nie wychodzi...
— Są programy do obróbki, można to poprawić... — Wywróciła oczami i spojrzała na jego profil.
— Kiedyś ich nie było. I trzeba było sobie radzić. Nie możesz wychodzić z założenia, że wszystko można poprawić w programie. Trzeba dążyć do tego, żeby tych mankamentów było jak najmniej. Na wiele rzeczy masz wpływ podczas robienia zdjęć. Co innego, gdy starasz się coś zrobić na szybko, może nie wyjść, ale kiedy się skupiasz, możesz krzywiznę wyeliminować. Zrób zdjęcie poręczy. Ma być idealnie równo. Nie puszczę cię dopóki nie będę zadowolony. — Odchylił się do tyłu, by po chwili opaść na plecy i utkwić wzrok w niebie. 
Ivy otworzyła szeroko oczy, zaskoczona.
— Rany, ale z ciebie dupek. Nie mogłabym ci pokazać jaka jestem prosta... W łóżku? — mruknęła, spoglądając przez ramię.
Mężczyzna leżał z rękami pod głową i zamkniętymi oczami. I miała dwie opcje: albo wykonać polecenie, albo go zignorować i go dosiąść, nie przejmując się załogą, która mogła to zobaczyć. Ostatecznie, z trudem, skupiła się na poręczach. Po trzydziestu minutach wcisnęła mu w dłonie aparat z wyrzutem malującym się w oczach i odwróciła się plecami, żeby nie widzieć jego reakcji. 
— Wiesz, że już trzecie zdjęcie ci wyszło, prawda? — Podniósł się do pozycji siedzącej i oddał jej aparat.
Wyrwała mu go z ręki z obrażoną miną.
— Tylko dlatego, że wskoczyłem ci do łóżka, nie sprawi, że dam ci taryfę ulgową... — Szepnął wprost do jej ucha i przygryzł jego płatek. — Dobrze zrozumiałem, że nie całujesz się na pierwszej randce, ale uprawiasz seks na drugiej?
Pisnęła zaskoczona i dźgnęła go łokciem w żebra. Potrzebowała chwili oddechu. Musiała zastanowić się co dalej i jak sobie wyobraża to wszystko. Dotychczas zależało jej na tym, żeby go w końcu zaciągnąć do łóżka. A teraz?
— Słuchasz mnie? 
Odwróciła się w jego stronę. Przypatrywał się jej. 
— Wybacz... Co mówiłeś?
Wypuścił głośno powietrze.
— Mówiłem, że zachowałem się jak totalny palant i dałem się ponieść wczoraj... To było skrajnie nieodpowiedzialne i...
— Och, nie przejmuj się. Mam implant — mruknęła, wiedząc co ma na myśli. Nie zabezpieczyli się. Normalnie powinna wpaść w panikę, ale już jakiś czas temu zrozumiała, że kiepsko u niej z pilnowaniem by brać tabletki. 
Wysunęła rękę do przodu i pokazała przedramię. Pod napiętą skórą widać było cieniutki przedmiot.
— Jeśli nie jesteś chory to nie musisz się przejmować. Lubię zapominać i czasami zapominałam o tabletkach... Lekarka stwierdziła, że to lepsze rozwiązanie, bo na pięć lat mam z głowy myślenie czy wzięłam leki czy nie... — Wzruszyła ramionami. 
— Och, okey. Dobrze wiedzieć.
— Nie pozwoliłabym ci na nic gdyśmy nie mieli zabezpieczenia... — mruknęła. — Raz w życiu wystarczy mi paniki czy nie zaliczyłam wpadki — Uśmiechnęła się nieznacznie i wstała. — Idę sprawdzić czy wszystko mam spakowane...

Przespała prawie cały lot. Dziękowała losowi, że udało jej się przymknąć oczy i odpłynąć, bo naprawdę nienawidziła latać. Kiedy wysiedli w Nowym Jorku, było po dziewiętnastej. Kierowca miał odwieźć ją do mieszkania, a potem zabrać Nicholasa do domu.
— Czemu orchidea? — zapytał nagle, gdy wpatrywała się w zmieniający się krajobraz za oknem, bezwiednie kładąc rękę blisko jego uda.
— Orchidee oznaczają zmysłowość i doskonałość... —Wzruszyła ramionami. — Sfera zmysłowa jest dla mnie ważna. A do doskonałości każdy dąży, czyż nie? — mruknęła. — Dobra, lubię te kwiaty, nie ma tu za dużo filozofii ukrytej. — Zasłoniła dłonią usta i zaśmiała się jak mała dziewczynka. W końcu westchnęła. — Mak podobno oznacza przelotną namiętność, poza tym jest w kolorze czerwonym...
— A lawenda?
— Niby oznacza brak zaufania. — Spojrzała przed siebie.
— Następna lekcja: zdjęcia w ruchu... — powiedział, spoglądając przez przednią szybę na ulicę, na której się znajdowali. Chciał zmienić temat, bo widział, że dziewczyna nieco się zamyśliła. Wiedział też, że za moment się zatrzymają, a ona wysiądzie.
— Kiedy?
— Dam ci znać... Muszę wszytko zaplanować.
— Okey... — szepnęła, nachylając się i go całując. 
Przyciągnął ją do siebie i zamknął w silnym uścisku. 
— Muszę lecieć. 
— Pomóc ci?
— Nie. Zabiorę wszystko... — powiedziała i wysiadła z samochodu, a kierowca wyciągnął jej rzeczy z bagażnika.


— Mówiłam! — Lily uniosła ręce do góry i zaśmiała się głośno. — Wiedziałam, że to się tak skończy!
— Nie ekscytuj się. 
— Czekaj, czekaj... A nie mówiłam! 
— No mówiłaś, mówiłaś... Usatysfakcjonowana?
Archiwum galerii znajdowało się w Jersey City, niedaleko rzeki Hudson, więc gdy miała przerwę na lunch, a jej przyjaciółka była gotowa przyjechać do niej, żeby tylko usłyszeć najnowsze ploteczki, Ivy zdecydowała się kupić im coś do jedzenia na wynos i siąść na bulwarze i wpatrywać się w Manhattan. Jej ulubiony widok. Ugryzła kęs kanapki z kurczakiem w sosie curry i spojrzała mimochodem na Jedynkę.
— Więc, jak było?
— Nieźle... Wiele mi poradził w kwestii fotografii. A okolice Vancouver są niesamowite. Móc tam żeglować to czysta przyjemność... Mam już kilka fotek na wystawę...
— Bardzo się cieszę, pytałam jaki jest Nicholas w łóżku. Wygląda na ogiera... 
Ivy wypluła z ust herbatę, mocząc przy tym spodnie. 
— Słucham?
— No nie wygląda mi na takiego co to klasycznie lubi... — zaśmiała się Lily, wyciągając z torebki paczkę chusteczek i podtykając pod nos przyjaciółki.
— Zależy co rozumiesz przez 'klasycznie'. — Blondynka skupiła się na materiale i usilnie starała się wytrzeć nadmiar płynu, a potem wystawić go do słońca, żeby wyschło.
— Cóż... Na pewno nie należy do tych spokojnych. Dominuje?
— Chryste, Lily! Nie związał mnie, nie zakazał na siebie patrzeć czy dotykać, nie dostałam klapsów. Był zdecydowany i pewny tego co robi... O i nie był w centrum swojego zainteresowania, jak Damien. Wiele ci powie fakt, że doszłam? — mruknęła, wycierając twarz.
— TY?! To jest świetny w łóżku... Jak doprowadził ciebie do końca to... 
— Nie jeden raz...
— Chyba powinnam mu podziękować. — zaśmiała się dziewczyna. — Może w końcu przestaniesz być taką zołzą!
— Że co?!
— To potwierdzona badaniami informacja: kobieta bez dobrego pieprzenia jest wredna i sfrustrowana.
— Co ty pierdolisz? — mruknęła Ivy, krzywiąc się nieznacznie i patrząc niepewnie na przyjaciółkę. Zaczynała wierzyć, że traci zmysły. Lily wariowała. — Nikt nie robił takich badań. A ja nie byłam sfrustrowana... 
— O, przyznajesz się, że bywasz wredna! Orgazm rozładowuje napięcie.
— Oszalałaś do reszty... — Zgniotła papierek po kanapce i wrzuciła go do pobliskiego kosza, po czym stanęła nad przyjaciółką z rękami skrzyżowanymi na piersiach. 
— Wydajesz się mniej spięta...
— Lily, jedna noc, kurwa! Jedna! To nie tak, że nagle wszystkie moje problemy się rozwiążą, bo facet mnie w końcu w pełni zaspokoił...
Lily zmrużyła oczy.
— Powinnaś się z nim spotkać jeszcze raz...
— Nie będzie z tego związku, wiesz, że się w to nie bawię.
— Nie mówię o związku, głupia! Możesz mieć układ jak z Damienem, nie? Trochę cię podszkoli z fotografii i nie tylko... — Uniosła śmiesznie brwi i szturchnęła ją ramieniem. 
Ivy uśmiechnęła się z politowaniem i pokręciła głową. Jej telefon oznajmił, że dostała wiadomość.
Przyjedź do mojego biura
— Pieprzony dupek... — warknęła pod nosem.
— Ale dobry w łóżku... — zaśmiała się Lily i odeszła w stronę samochodu.


Starała się przeanalizować wszystko co robiła. Każde za i przeciw. Ignorowanie jego wiadomości nie było zbyt mądrym posunięciem. Nie chodziło o to, że może nagle wpaść do jej mieszkania i roznieść je na strzępy, ale raczej o to, że wyszła na chowającą urazę gówniarę. Ale przecież miała plan. Musiała postawić sprawę jasno i zaznaczyć granice. 
Więc w środę, kiedy to udało jej się umówić na oficjalne spotkanie, założyła obcisłą granatową sukienkę, trampki, a włosy upięła do góry w niedbałego koka. Nie zrobiła zbyt ostrego makijażu, ale pociągnęła usta czerwoną pomadką, co nie często jej się zdarzało. Do torebki wsadziła telefon i portfel i ruszyła w stronę stacji metra. Jak na jej gust, wyglądała fantastycznie.
Trzydzieści minut później nachylała się nad biurkiem sekretarki, upewniając ją, że jest umówiona. Nie zdążyła przejść połowy korytarza, gdy drzwi do gabinetu się otworzyły.
— Ivy... Mam zaraz spot... — mruknął zaskoczony jej widokiem Nicholas.
— Tak, ze mną. — Wyminęła go w drzwiach i od razu skierowała się na krzesełko na przeciwko jego biurka.
Powiedział coś do sekretarki i zatrzasnął drzwi.
— Wiesz, że żeby się ze mną zobaczyć nie musisz się umawiać.
— Ale to jest spotkanie biznesowe... — powiedziała spokojnie, zakładając nogę na nogę i obserwując jak odpina guzik marynarki i zajmuje miejsce na przeciwko, po drugiej stronie biurka.
Nie golił się od ich wyjazdu, więc jego szczęka była okraszona ciemnym, krótkim zarostem, a włosy rozczochrane. Musiała się uspokoić, zanim zacznie z nim rozmawiać.
— Słucham więc... — Oparł dłonie na fotelu i popatrzył prosto w jej oczy.
— Będę szczera i wyjaśnię wszystko zanim się skomplikuje, albo wyniknie nieporozumienie. Nie bywam w związkach. Nie zakochuję się, nie rozmawiam o uczuciach... — wyrzuciła z siebie z szybkością karabinu. — Cenię twoją pomoc i nie chciałabym tego przerywać. Innych rzeczy też nie. Ale są dwie zasady: nic więcej z tego nie wyniknie i...
— Wyłączność — dopowiedział.
— Oczywiście... — Nachyliła się w jego stronę, a on zrobił dokładnie to samo.
— Sfinalizujemy jakoś umowę? — szepnął z łobuzerskim uśmiechem.
Podniosła się i okrążyła biurko, tylko po to, żeby po chwili usiąść na jego kolanach. Przekrzywiła lekko głowę, jakby się nad czymś zastanawiała. Przygryzła lekko dolną wargę.
— Łatwo poszło... — mruknęła.
— Liczyłaś, że będę się stawiał i kategorycznie odmówię? — Uniósł do góry jedną brew w rozbawieniu.
— W sumie nie wiem czego się spodziewałam... 
Przysunęła się bliżej, żeby go pocałować. Objął ją mocno w talii przyciskając do swojego ciała.
— Zignorowałaś moje wiadomości... — Przygryzł mocno jej wargę.
— Nie jestem pieskiem, który przybiegnie jak zawołasz... Mówiłam. — Oburzyła się.
— Więc ja też nie muszę?
— Oczywiście, że nie. Ale miło gdybyś mnie nie ignorował następnym razem... — warknęła, schodząc pocałunkami po jego szczęce aż do szyi.
— To działa w dwie strony...
— Okey... — wymruczała, czując jak wsuwa dłonie pod materiał jej sukienki.
— Mam spotkanie za trzydzieści minut...
— Świetnie... — Zsunęła dłonie na jego rozporek i zaczęła go rozsuwać. — Wystarczająco dużo czasu...

Nadszedł koniec I części.
Wracam za miesiąc, może mniej. Muszę pomyśleć co dalej z tym wszystkim zrobić i czy publikować. Chociaż jak to powtarzają: gdy chociaż jest jeden odbiorca, warto dalej ciągnąć.
Do napisania!
objął dłońmi
mój umysł
nim sięgnął
ku talii
biodrom
albo ustom
nie nazwał mnie
piękną najpierw
nazwał mnie
wyjątkową
jak mnie dotyka
-rupi kaur

Bardzo powoli wyszedł na chodnik, nie spuszczając oczu z blondynki. Stała oparta o jego czarnego mercedesa, wyglądając tak seksownie, że poczuł ucisk w spodniach. Miała na sobie krótkie, jeansowe szorty, długie sportowe skarpetki w czarnym kolorze i luźny czarny t-shirt. Oczy zasłaniały klasyczne czarne Wayfarery. Nogi miała wyciągnięte przed sobą i skrzyżowane w kostkach. Rozmawiała z jego kierowcą, uśmiechając się szeroko. Szedł w tamtym kierunku pewnym krokiem.
— Któż to? — zapytał nagle Charlie. 
Nicholas przypomniał sobie, że jego przyjaciel na wystawę przyjechał trochę później, bo nie zdążył wrócić z Chicago, a Ivy nigdy nie spotkał.
— Czekaj, to nie ta dziewczyna z Marquee?!
— Taa... — Podszedł do niej. — A jednak...
— Jak mnie wkurzysz, to wyrzucę cię za burtę... — Skrzyżowała ręce na piersi i uśmiechnęła się cynicznie. — Ivy King... — Wyciągnęła dłoń w kierunku Charliego.
— Charlie Williams... Poznaję ostatnio sporo Kingów... — powiedział, patrząc jej prosto w oczy i ściskając jej dłoń.
— Ach, Ryan. Dobrze sobie radzi?
— Znacie się? — Zainteresował się mężczyzna, podczas gdy szofer, pakował jego walizkę do bagażnika.
— To mój brat... 
— Podwieziemy Charliego na lotnisko. A raczej podwieziesz go... — mruknął Nicholas, spoglądając na swojego pracownika. — Na Teterboro.
— Oczywiście panie Collins — odparł mężczyzna.
— Świetnie, to wy sobie siadajcie z tyłu. Ja dokończę rozmowę z Johnem... — powiedziała blondynka, uśmiechając się do kierowcy.
— Polubiliście się, co? — Wyczuła w głosie Nicholasa lekką irytację.
— Tak, jest zdecydowanie milszy od ciebie...
Charlie wybuchnął głośnym śmiechem, znikając we wnętrzu samochodu. 
— Zasłużyłem sobie...
— Dopiero się rozkręcam, kotku... — mruknęła, nachylając się i całując go w policzek i wsiadając.

— Czemu Charlie nie leci z tego samego lotniska? — zagadnęła, gdy kroczyli po jednym z terminali na lotnisku Newark. 
John pomógł im wnieść bagaże, więc teraz mieli ze sobą tylko podręczne torby z laptopem i aparatami.
— Mamy prywatny samolot... — odparł spokojnie, łapiąc ją za rękę i ciągnąc w stronę bramki.
— No tak, powinnam się domyślić... — zaśmiała się cicho, zakrywając dłonią usta. 
— Jest zarejestrowany na firmę, na wypadek gdybyśmy musieli gdzieś lecieć służbowo, albo sprowadzić kogoś na rozmowy. Ale od czasu do czasu wykorzystujemy go prywatnie... — Uśmiechnął się łobuzersko.
Gdy tylko weszli do korytarza prowadzącego do samolotu, dziewczyna zamarła. Nicholas odwrócił się nieco zaniepokojony jej gwałtowną reakcją.
— Czy to odpowiedni moment, żeby powiedzieć, że boję się latać?
Mężczyzna zaśmiał się tylko i ruszył dalej. O dziwo, ich miejsca znajdowały się w pierwszej klasie, jednak ku jej zadowoleniu, nie były pojedyncze, ale podwójne. Zajęła swoje i zacisnęła palce na podłokietnikach.
— Ile razy latałaś? — Usłyszała nagle i spojrzała na twarz swojego towarzysza.
— Kilka. Głównie na wakacje...
— Gdzie bywaliście? — dopytywał.
— Raz w Kalifornii. Floryda... Odwiedziny u rodziny w Chicago... Ale nadal mi się marzy wprawa po wszystkich parkach narodowych, a ten strach trochę to utrudnia...
— Czyli lubisz sobie połazić?
— Tak... Z aparatem. Jestem raczej miłośniczką krajobrazów niż ludzi... 
Zamknęła oczy, czując jak samolot powoli zaczyna się wznosić.
— Hej, patrz na mnie...
Kiedy rozchyliła powieki, jego twarz była tuż przy jej, a oczy wpatrywały się w nią, jakby chciał ją zahipnotyzować.
— Czy nie mówiłeś, że lecimy do Seattle? 
— Charlie zacumował jacht w Vancouver. Nawet lepiej... Piękne tereny...
— A gdybym nie poleciała? Straciłbyś pieniądze za bilety... — powiedziała, odwracając na chwilę wzrok i skupiając go na swoich kolanach.
— To nic takiego...
— Powinnam za siebie płacić... To wszystko... To za dużo.
— Twój ojciec mi pomógł, nauczył, uchronił przed upadkiem... Chociaż w taki sposób mogę się wam odpłacić. Nie chcę słyszeć o pieniądzach czy płaceniu. Wszystkim, co związane z naszymi fotograficznymi wyjazdami, zajmę się ja. Niczym się nie przejmuj.
Znowu zacisnęła palce na podłokietniku. Złapał ją za dłoń i delikatnie pogłaskał.
— Czemu Charlie pływa twoim jachtem? — Chciała zamknąć oczy, ale jego wzrok jej nie pozwalał. Czuła jak serce wali jej w piersi i obawiała się, że Nicholas w końcu to usłyszy.
— Jacht jest mój, ale Charlie go pożycza, kiedy ma ochotę popływać. Mamy patenty żeglarskie, często pływamy razem. Zabieramy znajomych i znikamy na kilka dni.
— Znajomych? Ile osób mieści się na tym jachcie?
— Osiem, plus pięć osób załogi.
— Myślałam, że to malutki... jacht...
— W cale nie jest duży. Są takie, na których mieści się znacznie więcej ludzi... — Uśmiechnął się do niej, zataczając palce na jej nadgarstku. 
Jej oddech się uspokajał, a serce nieco zwolniło.
— To jacht motorowo-żaglowy. Czasami zbieramy się w takiej grupie, że załoga nam niepotrzebna, wtedy niektórzy śpią w ich kajutach... Spodoba ci się... Ale pamiętaj, że cię będę uczył — dodał z surową miną.
Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, nadal lekko zdenerwowana tym, że jest w powietrzu i musi zaufać obcym ludziom. Patrzył na nią, chcąc skupić jej uwagę na czymś innym niż lot, ale nie mógł tego robić przez niemal sześć godzin. Nie była pewna czy to przez adrenalinę, czy długi czas oczekiwania. ale po sekundzie, całowała go namiętnie, trzymając dłonie na jego twarzy. Gdyby nie ograniczające ich pasy, przysunęłaby się znacznie bliżej. Jej serce znowu rozpoczęło szaleńczy galop, który został brutalnie przerwany przez stewardesę, która zaczęła pytać pasażerów o ewentualne potrzeby. To oznaczało, że może odpiąć pas i wygodnie się rozsiąść.
— Coś podać? 
Ivy nawet na nią nie spojrzała. Nadal patrzyła na Nicholasa, który poprosił o wodę i whisky.
— Próbujesz mnie uwieść, żebym nie był tak ostry? — szepnął, nachylając się w jej stronę.
— W życiu. Masz być ostry jak brzytwa!
Kiedy stewardesa przyniosła jego zamówienie, Ivy od razu wyrwała mu szklankę z dłoni i opróżniła jednym haustem. Zaśmiał się cicho.
— Nadal zdenerwowana?
Skinęła tylko głową. Zamówił jeszcze raz to samo.
— Możesz się przespać, jeśli to cię uspokoi. Lot potrwa około sześciu godzin.
Skinęła nieznacznie głową, opróżniła kolejną szklankę whisky i wtuliła się w fotel.
— Jakaś trauma? — zapytał nagle. 
— Bujna wyobraźnia i za dużo filmów katastroficznych... — mruknęła, odwracając głowę w jego stronę.
— To co, już się na mnie nie gniewasz?
— Musisz się trochę bardziej postarać...
— Bardzo mi to ułatwiasz... — zaśmiał się cicho i obserwował ją uważnie przez pół lotu, szukając jakichkolwiek sygnałów ataku paniki, ale takowe się nie pojawiły.

Jacht był wypasiony, to musiała przyznać. Był długi i z całą pewnością kosztował bardzo dużo. Nawet nie chciała pytać, bo takie kwoty były dla niej niewyobrażalne. Z drugiej strony wyznawała zasadę: kto bogatemu zabroni. Skoro ktoś zarabiał uczciwe pieniądze, był w stanie za ich pomocą komuś pomóc, a mimo wszystko jeszcze zostawała ich kupa na uciechy, niech je kupuje. 
Wszystko było gotowe do odpłynięcia. Załoga, składająca się z trzech mężczyzn, niemal niezauważalna dla niej. Nicholas wprowadził ją do pierwszej części, na zewnątrz, ale zadaszonej, gdzie znajdowały się kanapy i stoliki. Potem wygodny, nowoczesny salon z niewielką kuchnią i na dół.
— Zajmiesz główną sypialnię... — Otworzył przed nią drzwi do pomieszczenia na samym końcu wąskiego korytarza. Weszła powoli do przestronnego jak na warunki jachtu pomieszczenia z podwójnym łóżkiem kilkoma szafeczkami, telewizorem i drzwiami do niewielkiej łazienki. Wszystko utrzymanie w bieli i odcieniach brązu. Nowocześnie i przytulnie. 
— Będę w kajucie obok... — dodał, stawiając jej torbę na podłodze i opierając się o framugę.
Kiedy wylądowali było po północy i na jacht wsiedli dopiero po pierwszej. Ivy była padnięta i jedyne o czym marzyła to sen, bo w samolocie nie była w stanie tego zrobić.
— Przygotuj się jutro na intensywny dzień — zaśmiał się cicho. 
— Czy mam wstać o konkretnej godzinie, proszę pana?
— Wyśpij się, ale bez przesady... — Puścił jej oczko i zamknął drzwi.
Padła na wygodny materac i niemal od razu usnęła.

Kiedy ponownie otworzyła oczy, było już jasno i bała się, że przespała pół dnia. Wyskoczyła z łóżka jak oparzona i popędziła do łazienki, po drodze wybierając jakieś wygodne ubranie. Po szybkim prysznicu, jeszcze szybszym ubraniu się, zabraniu laptopa, aparatu i telefonu wypadła z kajuty i wyskoczyła na górny pokład. Śniadanie już na nią czekało. Odłożyła komputer na stolik, przygotowała aparat, chwyciła za jedną z kanapek, dopiero teraz sprawdzając godzinę. Siódma rano.
— Kurwa... — mruknęła pod nosem. Mogła jeszcze poleżeć, a nie zrywać się jak popieprzona. 
Dokończyła kanapki, napiła się kawy i ruszyła w stronę rufy. Znalazła jakiegoś faceta kręcącego się w okolicach steru, ale zignorowała go i przeszła na dziób. Pogoda była idealna: świeciło słońce, po niebie przemieszczały się leniwie białe chmury, które mogły zafundować piękny spektakl światłocienia. Lekki wiatr rozwiewał jej włosy, więc związała je w niedbałego kucyka. Uważnie stawiała kroki, żeby przypadkiem nie spaść do wody. Po drodze zrobiła kilka zdjęć ogromnych, śnieżnobiałych żagli, które prezentowały się świetnie na tle niebieskiego nieba.
Rozejrzała się dookoła. W ciągu nocy dopłynęli do Howe Sound. Otaczały ich góry i pokryte lasami wyspy. Wody zatoki były spokojne, na nadbrzeżach stały zacumowane jachty, a ośrodki powoli się budziły, więc pracownicy leniwie przemieszczali się po plażach i przystaniach. Widać było, że niektóre z nich to bardzo drogie miejsca, w których ci, których na to stać, są w stanie zaznać odrobiny relaksu i spokoju. Daleko stąd do większego miasta, więc to idealna ucieczka od jego zgiełku i zanieczyszczeń.
Nicholasa dojrzała na samym końcu dziobu, z aparatem uniesionym do twarzy i wycelowanym w stronę jednej z gór. Sama skierowała obiektyw na niego i zrobiła zdjęcie, tak jak obiecała. Skoro on robił jej zdjęcia z zaskoczenia, ona też miała to w planie. W końcu odwrócił się w jej stronę i uśmiechnął szeroko, wysuwając rękę w jej kierunku. Podeszła i ujęła ją. Pomógł jej stanąć niemalże na samym końcu statku i wskazał palcem obiekt, który fotografował. Nie była to góra. Na leżącej na brzegu, grubej gałęzi, siedział spory bielik. Dopiero dopływali do niego, więc spojrzała na aparat mężczyzny. No tak, miał teleobiektyw, który pozwolił mu ściągnąć ptaka z daleka. Musiała szybko zdecydować się na zdjęcie, bo za chwilę, orzeł mógł spłoszony wznieść się w powietrze.

Tak im zleciało pół dnia. Ivy chłonęła każdą jego radę i słowa krytyki, a Nicholas spokojnie dawał jej kolejne zadania i pomagał.
— Głodna? — zapytał, gdy po południu, dziewczyna opadła na pokład i wyciągnęła się na nim, wpatrując w niebo. Zajął miejsce obok niej i spojrzał w tym samym kierunku.
— Uwielbiam robić zdjęcia... — mruknęła, nie zwracając uwagi na jego pytanie. — To miejsce jest piękne. Mogłabym tu zostać dłużej...
— Przywiozę cię tu na dłużej... — Przekręcił głowę na bok, żeby spojrzeć na jej profil.
— Dlaczego jacht nazywa się Blue?
— Lubię niebieski kolor. Kojarzy mi się z brakiem ograniczeń, wolnością... Spokojem... Radością.
— Ładnie... — powiedziała rozmarzonym głosem.
— Masz ostatnie zadanie. Idę przygotować kolację, a ty delektuj się zachodem słońca. Bardzo uważnie. Potem zjemy i zobaczymy co ci wyszło... — powiedział zdecydowanym tonem i pocałował ją w czoło. Zabrał swój aparat i zostawił ją samą. 
Jeszcze chwilę leżała wpatrując się w niebo, które z każdą minutą się zmieniało. Potem podniosła się i zaczęła skupiać się na szczegółach otaczającego ją krajobrazu. Obserwowała jachty i żaglówki, ptaki, ludzi, góry, delektując się najpiękniejszym oświetleniem w ciągu dnia. Złota godzina podczas każdego słonecznego dnia, pokazywała inną stronę świata. Chciała zrobić na nim wrażenie. Chciała mu w końcu zaimponować. Wprawdzie chwalił ją w ciągu dnia, ale nigdy nie powaliła go na łopatki swoimi ujęciami, zawsze powtarzał, że może być lepiej, ze coś może zmienić. Gdy patrzyła na jego zdjęcia, zrobione niemal w tym samym momencie, zaczynała rozumieć o co mu chodzi. Gdy słońce zupełnie zniknęło, a mrok rozpraszały lampy przy wybrzeżach i na jachcie, ruszyła w stronę wnętrza. Otuliła się swetrem i rozpuściła włosy. Wiedziała, że Nick zrobił jej dzisiaj zdecydowanie więcej zdjęć niż powinien. Zresztą, nie pozostała mu dłużna.
Zamknęła za sobą drzwi, bo na zewnątrz zaczęło robić się coraz chłodniej. Roztarła ramiona i położyła aparat koło laptopa. Na stole stał już talerz z jeszcze ciepłymi crostini, na których leżało guacamole i wędzony łosoś. Zaburczało jej w brzuchu, więc spojrzała w stronę Nicholasa, który już wracała z butelką wina i kieliszkami.
— I jak? — zapytał, siadając na jednej z sof.
— Chyba nieźle. Chociaż i tak pewnie niewystarczająco... — Zrobiła naburmuszoną minę i zajęła miejsce obok niego.
— Na pewno coś się znajdzie... — zaśmiał się i podał jej kieliszek.
— Więc oprócz bogactwa i talentu do robienia zdjęć, umiesz gotować? Czy ty jesteś w czymś kiepski? To nudne i bardzo przewidywalne... — mruknęła, gryząc spory kęs grzanki.
— Nie. Jestem perfekcyjny. — Rzucił jej rozbawione spojrzenie i rozłożył laptopa. — Karta... — Wystawił dłoń i dał jej znać, że ma natychmiast ją oddać. 
Kilka sekund później w skupieniu oglądał jej zdjęcia. Wszystkie, nawet te które zrobiła jemu. Odłożyła grzankę, bo chwilowo straciła apetyt. Uśmiechał się by po chwili znowu spoważnieć. Zacisnęła dłonie na dole swetra.
— Jaki wyrok? — spytała w końcu, nie mogąc wytrzymać tej ciszy.
— Nieźle. Kilka ujęć jest naprawdę ciekawych. I nie mówię o tych, na których jestem... — Uśmiechnął się łobuzersko, a ona otworzyła szeroko usta.
— Jesteś bezczelny...
— Trochę. Kilka z nich nada się na twoją wystawę dyplomową. Zdecydowanie lepiej sobie radzisz gdy nie dostajesz konkretnych poleceń, tylko... dajesz się ponieść. 
— Czyli zdałam? 
— Mhmm...
— Och, dzięki, Mistrzu! — mruknęła z ironią.
— Powinnaś robić więcej zdjęć ludzi...
— Może jutro potrenuję... — przysunęła się do niego. To była dla niej szansa na zrobienie tego, co chodziło jej po głowie od bardzo dawna. Wiedziała, że albo wszystko tym spieprzy, albo nie, ale nie mogła się powstrzymać. Nie tym razem. — Co ty na to?
Nim zdążyła się zastanowić nad tym co robi, usiadła mu na kolanach i złączyła ich wargi w namiętnym pocałunku. Oplotła rękami jego szyję, lekko poruszając biodrami, żeby zaznaczyć, że tym razem na tym się nie skończy. 
— Zabierz mnie na dół... — szepnęła, gdy odsunęła się od niego na sekundę.
Złapał ją za uda i podniósł się, bez najmniejszego wysiłku unosząc ją ze sobą i trzymając jej nogi za swoimi plecami. Pragnął jej. Czuła to. I cieszyła się, że nie musi się bardziej gimnastykować, żeby zaciągnąć go do łóżka. Nie wiedziała jakim cudem zniósł ją po schodach, ale nagle stała w swojej kajucie, a on zrywał z niej ubrania. Pomogła mu zdjąć z siebie spodnie, po czym przyciągnęła go do swojej twarzy, bo nie była w stanie wytrzymać bez jego pocałunku. Jego dotyk był zaborczy i zdecydowany. Trochę go zwodziła swoim zachowaniem. I tak się dziwiła, że tyle wytrzymał. Przyjrzał się jej kolejnemu tatuażowi. Koło pępka, na cieniutkiej łodyżce, znajdował się mak. Znowu wykonany stylem akwarelowym. Jego krawędzie się rozmywały, a kolor, mimo iż czerwony, nie był zbyt nasycony. Zdarł z niej koronkową bieliznę i przejechał palącym wzrokiem po całym jej ciele, wydając z siebie głośny jęk, gdy tylko potwierdził swoje podejrzenia, że dziewczyna ma kolczyk w sutku. Już ją chciał odwrócić tyłem do siebie, ale go powstrzymała.
— Chcę na ciebie patrzeć... — szepnęła, opadając na łóżko.
Patrzyła na jego ramiona, umięśnioną klatkę piersiową i myślała tylko o jednym: sile i władzy. Samo patrzenie na niego doprowadzało ją do obłędu. Szczególnie, gdy w końcu pozbył się ciemnych jeansów, które miał tego dnia na sobie. Leżała przed nim zupełnie obrażona, ale nie zawstydzona. Rzucała mu wygłodniałe spojrzenie. Złapał ją za uda i klęknął przed nią. Nie spuszczał wzroku z jej oczu, jak zwykle hipnotyzując ją i zamykając ich własnym świecie bez słów. Ich oddechy były ciężkie, serca biły w szaleńczym tempie. Nie nachylił się, cały czas był między jej nogami, biorąc to co mu dawała, poruszając się pewnie i energicznie. Jego pełne namiętności, silne ruchy, podniecały ją jeszcze bardziej, miała ochotę objąć jego muskularny tors i łapać się go jak koła ratunkowego. Przesunął dłoń z jej uda na brzuch, dociskając ją do materaca, gdy biodra wyrywały się do góry. Chciała zamknąć oczy, poddać się namiętności, ale nie potrafiła. Musiała na niego patrzeć. Na jego siłę i potęgę, którą właśnie manifestował. Ivy wydała z siebie przeciągły jęk, gdy jego ruchy stały się jeszcze mocniejsze i głębsze. Wygięła się w łuk, po raz pierwszy tracąc kontakt wzrokowy, zaciskając powieki w przypływie ogromnej przyjemności. Opadł na nią, otulając wargami nabrzmiałe piersi, domagające się pieszczot. 
— Patrz na mnie... — wysyczał, drażniąc wargami wrażliwą skórę. 
Spojrzała w dół tylko po to, żeby zobaczyć jego spojrzenie, wargi zaciśnięte na sutku i silne ciało, zderzające się z jej. Zarzuciła mu nogi na plecy, palcami przeczesując jedwabiste, ciemne włosy. Przesunął się do góry by pocałować jej szyję i znowu łącząc ich wargi w namiętnym pocałunku. Zamknął w swoich ustach jej krzyk. 
I nagle, zupełnie nie miała pojęcia jak to się stało, ale jej ciało zamarło, spomiędzy warg wydostał się głośny ryk, który zmieszał się z jękiem Nicholasa. Nagła eksplozja w jej ciele była czymś, czego nie spodziewała się tej nocy. W zasadzie, nigdy się jej nie spodziewała będąc z facetem. Osiągnęła po raz pierwszy w życiu sam szczyt. I nie miała pojęcia jak to się stało, że nagle się odblokowała.
— Jesteś piękna, Ivy... — wymruczał, całując linię jej szczęki.
Tego też jej nikt, nigdy nie powiedział.
Stanęła w wielkim holu Jedynki i rozejrzała się dookoła. Był środek tygodnia, a ona od niedzieli starała się skontaktować z Nicholasem, bo oprócz: Spotkaj się ze mną w weekend i Trwająca cały weekend, nie miała pojęcia jak ma się przygotować i na kiedy. Nie znała szczegółów, a była już środa, więc oczekiwała na jakieś konkrety, jeśli miała zniknąć, na kilka dni. Rozejrzała się po ludziach w środku i już miała ruszyć w kierunku ochroniarzy, gdy spostrzegła, że Nicholas właśnie wychodzi z windy w towarzystwie wysokiej, ciemnowłosej kobiety. Trzymał dłoń na jej krzyżu, uśmiechał się i nachylał co chwilę w jej stronę, żeby powiedzieć jej coś na ucho. Nie wyglądali na partnerów biznesowych czy współpracowników. Ich gesty i zachowanie było zbyt swobodne i intymne. 
Ivy poczuła dziwne i niezrozumiałe ukłucie. Przyglądała im się, zupełnie niezauważona, stojąca między tłumem innych ludzi. W końcu odwróciła się i opuściła budynek, wyciągając telefon i wybierając numer przyjaciółki.
— Ty, ja i kawa. Widzimy się na Skale. Natychmiast... — mruknęła, nawet nie dając jej dojść do słowa.

Siedziała w Central Parku na słynnej Skale z Widokiem. Nie było tu zbyt wielu osób. Turyści spędzali pewnie słoneczny dzień na trawie, a nowojorczycy nadal byli w pracy. Trzymała kubek z kawą między palcami i wpatrywała się w odległe drapacze chmur. Uwielbiała to miejsce. Cieszyła się, że w tej miejskiej dżungli jest taki obszar, w którym można trochę odetchnąć, popatrzeć na naturę, odciąć się od zgiełku i hałasu. Fakt, w parku bywały tłumy, ale ona starała się znaleźć tutaj taki punkt, w którym nikogo nie ma. Chociaż Skała była znana, często nie było tu zbyt wiele ludzi. 
— Co było takie pilne? — zapytała Lily, siadając obok niej. 
— Nic, po prostu chciałam mieć towarzystwo... — mruknęła i spojrzała na przyjaciółkę.
Włosy miała związane w wysokiego kucyka, a ubrana była jak zwykłe w ciemne jeansy i czarną koszulkę. Palce,, miała nieco ubrudzone farbą, co oznaczało że Ivy wyrwała ją z twórczego szału.
— Przynajmniej wyrwałam się z oparów farby. Mogę poszukać jakiś inspiracji... Wystawa w grudniu, a ja nawet połowy obrazów nie mam. Jak tak dalej pójdzie...
— Hej, pamiętaj, że zawsze możesz zgłaszać się po pomysły... Sama powinnam się zabrać za prace na wystawę, ale...
— Myślę, że pan biznesmen ci pomoże w najbliższy weekend. Chyba, że nie zabiera cię na swój jacht w innych celach... — Uniosła znacząco brwi i popatrzyła uważnie na przyjaciółkę.
— Chce mnie tylko podszkolić w fotografii, jestem tego pewna — fuknęła.
— Oho! Co się stało? — Nachyliła się w jej stronie, widocznie podekscytowana nadchodzącymi plotkami.
— Nic. Widziałam go dzisiaj z jakąś kobietą... Byli dość blisko... Więc zakładam, że traktuje mnie jak uczennice, a nie potencjalną dziewczynę do łóżka... — powiedziała wyuczonym, beznamiętnym tonem, nie wykazując absolutnie żadnych emocji. Wtedy przez telefon ją poniosło. 
— Czyli to, że siedzimy tu teraz, nie ma z tym nic wspólnego?
— Ani trochę...
— Jasne... Dobra, nie dręczę... Ale jak wrócisz to czuję, że powiem: A nie mówiłam? 
— Wtedy postawię ci drinka w przyszłym tygodniu...
— To oczywiste, że wpadłaś mu w oko. Ta kobieta mogła być tylko znajomą, na pewno jakieś ma. Poza tym, możesz mi wciskać kit, ale doskonale wiem, że masz na niego ochotę... Kto by nie miał.  — Zamilkła na chwilę. — Ivy... Muszę ci o czymś powiedzieć... 
Blondynka spojrzała na swoją skruszoną przyjaciółkę i zmrużyła oczy. Widziały się w niedzielę, ale wtedy Lily oczekiwała, że opowie jej o tym co się wydarzyło w piątek. Sama nie mówiła wiele, oprócz tego, że pojechała do jej domu razem z Alexem, Ryanem i jej ojcem.
— A raczej spytać, bo... — Wciągnęła głośno powietrze. — Poznałam Ryana.
— Noo... Domyślam się.
— Nie myślisz, że jesteś dla niego za ostra?
Oczy blondynki się rozszerzyły. Spojrzała na przyjaciółkę zaszokowana tymi słowami, nie mogąc pojąć jak mogła zadać jej takie pytanie.
— Za ostra? Przepraszam, ale skąd taki wniosek? — warknęła, odwracając się na pięcie, zdając sobie sprawę, że jak tak dalej pójdzie, to wstanie i zostawi ją tu samą.
— Hej, spokojnie... Tylko pytam, bo twoje opowieści nie pasują mi za bardzo do tego jaki się okazał w piątek... 
Ivy westchnęła. 
— Ja nie wątpię, że on dla znajomych jest miły i przyjazny... Nie wiem czy to kwestia szczerości, czy umiejętności manipulacji... — Ponownie westchnęła i zapatrzyła się na spokojną wodę przed nimi. — Dla mnie był zawsze jak buc. Mogę mieć skrzywiony pogląd, ale nadal się wywyższa i pokazuje, że jest ode mnie lepszy... Ma w głowie jakaś chorą rywalizację... Zresztą nieważne.
— W piątek wyglądał na przejętego...
— Tia, a w niedziele dał mi reprymendę...
— Okey... — Uniosła dłonie w geście kapitulacji. — Rozumiem co chcesz powiedzieć...

Ivy nie należała do osób, które stresują się rozmowami o pracę. Zawsze była pewna siebie i swoich pomysłów, potrafiła się sprzedać nie tylko jako znawca fotografii, ale też jako artysta. Teraz, tym bardziej była zdeterminowana, żeby dostać pracę, bo miejsce do którego zmierzała, było konkurencyjną galerią w stosunku do tej, w której pracowała dotychczas, a nawet, była wyżej w rankingu. Aperture znajdowało się w siedzibie organizacji o tej samej nazwie, której członkami byli legendarni fotograficy, tacy jak Ansel Adams czy Minor White. W tym miejscu oprócz samych wystaw, organizowane były co jakiś czas spotkania czy wykłady, a także spotkania z artystami. 
Musiała się zaprezentować z jak najlepszej strony. Wprawdzie słyszała na uczelni, że lepiej byłoby znaleźć pracę jako asystentka znanego fotografa, ale ponieważ jej ojciec był jednym z nich, inny wykazywał duże zainteresowanie jej edukacją, a ponad to wśród znajomych miała już kilka znanych nazwisk, nie potrzebowała takiej pracy. Wolała organizację wystaw i poznawanie nowych artystów, którzy mogli ją czegoś nauczyć.
W czwartek rano, ubrała się elegancko z odrobiną artystycznego szaleństwa (uznała, że kolorowa chusta jest wystarczająco szalona jak na jej możliwości) i ruszyła w stronę West Side i Dwudziestej Siódmej Ulicy. Galeria była niepozorna i łatwo ją było przeoczyć, ale wystawiała już takie sławy, że to się nie liczyło. Mieli tu takie kontakty, że byli w stanie organizować wystawy niemal w każdym nadającym się do tego miejscu w Nowym Jorku. Kiedy ostatnio szukała pracy, oni nie szukali pracowników. Ale teraz to się zmieniło, więc od razu zdecydowała się zgłosić, a ostatnia wystawa, dumnie reprezentowała jej dotychczasowy dorobek.

— ...czyli niedawno zwolniła się pani z galerii Hatfielda? — zapytała kobieta po czterdziestce, która przyjęła ją w swoim biurze na pierwszym piętrze. Pomieszczenie było niewielkie, ale przytulne. Pod ścianami stały antyramy z fotografiami.
— Tak. Okazało się, że miałam tę pracę z nieodpowiednich powodów.
Uniosło pytająco brwi.
— Chodziło o mój wygląd i nazwisko. Szef wierzył, że to przyciągnie artystów. — Zacisnęła lekko wargi.
— Brzmi jak James. Zwolnienie zostało już zatwierdzone?
— Tak. Wczoraj dostałam oficjalne pismo i część wypłaty.
— Muszę przyznać, że widziałam wystawę pana Collinsa. Naprawdę dobra robota. — Nachyliła się w stronę Ivy i oparła łokcie o biurko. — Ma pani artystyczną duszę, prawda?
— Tak myślę...
— To dobrze, potrzebujemy kogoś, kto patrzy na wystawy nieco bardziej... artystycznie, a nie jako historyk sztuki. Takich ludzi mamy pod dostatkiem. Nie będę oszukiwać, że twoje nazwisko u nas ci nie pomoże. Szanujemy twojego ojca, marzy nam się jego wystawa, ale ty zaczynasz z pustym kontem. Masz się starać tak jak inni. Zapominamy, że jesteś King. Jesteś Ivy i masz sobie zasłużyć na szacunek i swoją markę.
— Idealnie! — wykrzyknęła uradowana, bo taki układ był jak najbardziej do przyjęcia. 
— Świetnie. Sama fotografujesz?
— Uczę się.
— Chodzisz do jakiejś szkoły?
— Do Nowojorskiej Akademii Artystycznej. W styczniu mam wystawę dyplomową.
— Super. Przynieś swoje portfolio. Jeśli fotografie będą dobre, a twoja wystawa nam się spodoba, będziemy mogli pomyśleć o czymś w przyszłości... — Kobieta uśmiechnęła się do niej życzliwie.
Napięcie opadło, a Ivy poczuła, że atmosfera w tym miejscu jest jak najbardziej sprzyjająca pracy. Cieszyła się, bo w ostatniej galerii nie było aż tak przyjemnie.
— Nie mamy w planach teraz wystaw fotografii współczesnej, jedną otworzyliśmy niedawno, na razie prowadzimy rozmowy, ale... Planujemy wystawę klasyków. Od poniedziałku wysłałabym cię do naszego archiwum... — mruknęła przeglądając coś w komputerze. — Przejrzałabyś to co w nim jest i zastanowiła się nad tym, które zdjęcia warto wystawić. Przyjedź tu w poniedziałek o dziewiątej. Zabiorę cię na miejsce i opowiem o wystawie.
— Bardzo się cieszę... — powiedziała blondynka, podnosząc się z miejsca i wyciągając w jej kierunku dłoń. Kobieta uśmiechnęła się i ją uścisnęła. 

Ledwo wyciągnęła z kieszeni telefon, uderzyła ją liczba nieodebranych połączeń i wiadomości. Ostatnia miała bardzo wymowną treść: Dlaczego, kurwa, nie odbierasz telefonu?!
Wywróciła oczami i uświadomiła sobie, że wszystkie połączenia i wiadomości były od jednej osoby. Prychnęła z irytacją i wybrała jego numer, żeby mu nawrzucać. Był bezczelny i naprawdę ją wkurzył.
— Spróbuj się odezwać, a wyrwę ci jaja. Mówię serio, Nicholas. Nie odpisałeś na żadną moją wiadomość w tym tygodniu, nie odbierałeś telefonów, a jak ja tego nie robię to się wściekasz i co? Masz ochotę mnie przełożyć przez kolano i ukarać? Jesteś tak irytujący czasami, że to przechodzi ludzkie pojęcie. Nie miałam zamiaru zabierać ci mnóstwa czasu, tylko spytać jak mam się przygotować na weekend, bo nie udzieliłeś mi żadnej informacji. — Wypuściła głośno powietrze.
Nie wspominaj o kobiecie, z którą go widziałaś, Ivy! Nie masz do tego prawa! Zagryź zęby i to przemilcz!
— Nie jestem jak piesek, który przychodzi zawsze gdy wołasz i kaja się przed tobą, gdy go skarcisz... Odechciewa mi się gdziekolwiek jechać... — mruknęła, w końcu dając mu dojść do głosu.
— Miałem mnóstwo pracy...
— Tylko to masz zamiar mi powiedzieć po tym jak zbombardowałeś mnie telefonami i wiadomościami?
— Martwiłem się... — powiedział stanowczym głosem po dłuższej przerwie. — Mój kierowca mówił, że widział cię wczoraj w Jedynce. I od wczoraj nie odbierasz ode mnie telefonów...
Dziewczyna westchnęła głośno.
— Umiem się o siebie zatroszczyć... — Skrzywiła się i zatrzymała się przed zejściem na stację metra, gdzie pewnie i tak straciła by zasięg. Nie miała dzisiaj ochoty na spacery.
— Widziałem to w piątek...
Wiedziała, że nie jest zadowolony. Ale ona też nie była. I nie miała zamiaru tak łatwo odpuszczać.
— Przepraszam. 
Była w szoku, że tak łatwo poszło, ale słyszała zmęczenie w jego głosie.
— Wszystko w porządku?
— Nerwowy tydzień — jęknął. — Naprawdę przepraszam. Przesadziłem... Czasami bywam nerwowy.
— Przesadziłeś. Dla twojej informacji, byłam na rozmowie o pracę... A wczoraj nie miałam ochoty z tobą rozmawiać...
— Jak ci poszło? — Ożywił się i najwyraźniej, jego nastrój się nieco poprawił.
— Dostałam ją...
— Gratuluję... Posłuchaj, wiem, że przegiąłem i wiem, że jesteś wściekła i pewnie nie masz ochoty mnie oglądać dopóki nie ochłoniesz... Zrozumiem, jeśli nie będziesz chciała jechać. Ja i tak wyjeżdżam, muszę odpocząć od tego miejsca. Naprawdę bym się ucieszył, gdybyś do mnie dołączyła...
Czego on od niej chciał? Wścieka się, gdy nie odbiera, jak nadopiekuńczy facet, tylko że on ani nie był jej facetem, ani bratem, ani ojcem, więc nie bardzo miał powód. Poza tym, raz z nią flirtował, a potem pokazywał się z jakąś inną babą, a ona... A jej powinno być to zupełnie obojętne. Więc dlaczego nie było?
— Tamta to kobieta to moja przyjaciółka...
— Nie musisz mi się tłumaczyć z tego... — szepnęła.
— Jutro, o siedemnastej, jeśli się zdecydujesz, to czekaj pod Jedynką. Od razu jadę na lotnisko... — powiedział tak cicho, że ledwo usłyszała.
— Naprawdę muszę się zastanowić... Do zobaczenia, Nicholasie... — mruknęła i zeszła na stację.


Wyszedł z biura, zamknął je i ruszył w stronę recepcji. przy której stał jego wspólnik i przyjaciel w jednym.
— Już wychodzisz? — mruknął Charlie, podpisując jakieś dokumenty. 
Nicholas zrobił to samo, po czym zlecił recepcjonistce wysłać jeszcze jedną umowę. 
— Mówiłem ci, że jadę żeglować.
— Ach. Wspominałem, że jacht zacumowany jest w Vancouver?
— Tak, wspominałeś... Widzę, że nie tylko mnie ten tydzień dał w kość... — powiedział Nicholas i oparł się o biurko, patrząc na zmęczoną twarz czarnoskórego mężczyzny. 
— Normalnie władowałbym ci się na wyjazd, ale lecę do Tokio...
— Dobrze, że się nie ładujesz... — zaśmiał się szatyn i poklepał go po plecach. — Podwieźć cię na lotnisko?
— Pewnie. Daj mi minutę, zabiorę rzeczy z biura... — Pobiegł w stronę odległych drzwi i po chwili za nimi zniknął.
Nicholas nie miał pojęcia czego się spodziewać. Dziewczyna nie odzywała się od wczoraj, nie dopytywała, nie pisała, a naprawdę zdenerwowała się jego wybuchem. Musiał przyznać, że czasami go ponosiło, gdy ktoś go ignorował i nie wykonywał jego poleceń. Ale miała prawo. Zrobił jej to samo. Już był gotów na samotny weekend na jachcie. Miał zamiar pływać po Howe Sound, i w duchu dziękował Williamsowi, że zadokował już w Kanadzie, a nie w Seattle. 
— Jestem... 
Nicholas ruszył w stronę windy i przywołał ją, żegnając się uprzejmie z sekretarką.
— Stażyści nieźle sobie radzą, gdyby cię to interesowało... — zaśmiał się Charlie i postawił walizkę pod samą ścianą, modląc się by nikt nie wsiadł.
— Ilu ich przyjąłeś? 
— Trzech. Znajdują całkiem niezłe firmy i dobrze idą rozmowy.
— Myślisz, że nadają się do zatrudnienia? — spytał Nicholas, widząc, że zbliżają się do parteru. Jego kierowca miał czekać pod budynkiem, a potem odstawić samochód i cieszyć się wolnym przez najbliższe dni.
— Jeden na pewno. Ale jeszcze nie wiem który... — zaśmiał się i wyszedł z windy, kierując się od razu do drzwi. 
Nicholas wyszedł za nim, jednak przy drzwiach nagle się zatrzymał.
Nie miała ochoty otwierać oczu. Było jej ciepło, wygodnie i zdecydowanie wolałaby zostać w tym miejscu cały dzień. Ku jej niezadowoleniu, jasność jaka panowała w pomieszczeniu zaczynała być nie do zniesienia dla osoby, która nie była pogrążona w głębokim śnie. Rozchyliła jedną powiekę, potem drugą. Światło słoneczne od razu ją zaatakowało, ale po kilku sekundach, zaczęła się do niego przyzwyczajać. Przed oczami miała wielkie okno i widok na budzący się Nowy Jork. I białego kota, który spał obok jej nóg.
W tej samej chwili dotarło do niej kilka faktów:
Po pierwsze: bycie w mieszkaniu Nicholasa nie było snem, ani pijacką marą, którą zafundował jej mózg po tym jak dotarła do mieszkania, a potem zasnęła w ulubionej pozycji, czyli z głową i rękami na kanapie i nogami na podłodze.
Po drugie: faktycznie widok z łóżka był oszałamiający i mogłaby się z nim budzić każdego ranka.
Po trzecie: była w sypialni głównej, a to doprowadziło do wniosku czwartego: musiała być bardziej pijana i zmęczona niż myślała, bo średnio pamiętała jak się tu znalazła.
Odwróciła głowę na bok i zobaczyła, że właściciel tego miejsca, nadal jest pogrążony w głębokim śnie. Wargi miał lekko rozchylone, cienka narzuta okrywała go tylko do pasa, prawą rękę miał założoną pod głowę, a lewą, położoną na umięśnionym torsie. Ivy była w ciężkim szoku, że spał obok niej ktoś tak wyglądający: wysportowany, ale nie napakowany. Miał ładnie zarysowane mięśnie brzucha, które schodziły się w kształt litery V, znikającej pod materiałem. Zamknęła oczy chcąc się uspokoić, bo miała ochotę zsunąć narzutę niżej. Zacisnęła dłonie w pięści i powstrzymała się przed tym jakże zuchwałym gestem. Dotychczas nie sypiała w łóżku z żadnym mężczyzną. Ale takie widoki były za dobre i teraz żałowała, chociaż Damien nie wyglądał aż tak dobrze. Jedyne co nie pasowało do tego obrazka, to poszarpana blizna na jego lewym ramieniu. Nie znała się na tym zupełnie, ale z wiedzy wyniesionej z filmów, wysnuła wnioski, że mogła być to pamiątka po postrzale.
Spojrzała w dół i odkryła, że ona nadal jest ubrana w jego koszulkę i bieliznę. Czyli nie był na tyle bezczelny, żeby ją rozbierać. Normalnie sypiała nago, ale w takiej sytuacji, wolała mieć na sobie ubranie. Czuła, że jej głowa pulsuje, więc pierwszym zadaniem, było znalezienie wody. Zaskoczona stwierdziła, że nie musi szukać daleko, bo szklanka, wypełniona przezroczystym płynem, stała na szafce koło łóżka. Wypiła jej zawartość na raz i powoli wstała, żeby udać się do łazienki. Po drodze zabrała z torebki telefon. Było po dziewiątej, więc mogła spokojnie zadzwonić do ojca. Wciągnęła głośno powietrze i zamknęła za sobą drzwi.
— Hej... — mruknęła, gdy Ian odebrał. 
— Wszystko w porządku? — zapytał nieco zaniepokojony.
— Tak. Wszystko okey... Nicholas się mną porządnie zaopiekował... — powiedziała cicho. — Nie byłam aż tak pijana. — Wywróciła oczami. — Ale uparł się, że nie powinnam siedzieć sama w mieszkaniu.
— Słusznie. Co ci strzeliło do głowy z rzuceniem pracy w takiej chwili? 
— Ten facet był bezczelny. Sugerował okropne rzeczy i przed wystawą trochę przesadził. Nie chciałam robić z tego sceny, ale... wkurzyłam się i mnie poniosło. Przepraszam, zniszczyłam wam wieczór i sprawiłam, że się martwiliście.
Stanęła między oknem, a wanną, opierając się o jej krawędź i zawieszając wzrok na odległych budynkach.
— Nicholas to porządny człowiek. Dobrze, że cię wczoraj znalazł. — Odchrząknął nagle, jakby zbierał się do powiedzenia czegoś istotnego. — Ehmm... Trzymaj się i uważaj na siebie. Fantastyczna wystawa, Ivy — mruknął. 
Cieszyła się z pochwały, ale brak w niej było entuzjazmu, którym obdarzył Nicka. Westchnęła głośno, dziękując mu za komplement i rozłączyła się. Zadzwoniła jeszcze do Lily, żeby zapewnić ją, że wszystko z nią w porządku i że spotkają się jutro. Potem wzięła prysznic, po raz kolejny w ciągu ostatnich kilku godzin, tym razem szorując także włosy za pomocą szamponu Nicholasa. Miała ochotę zostać tam dłużej i pozwalać by ten zapach i ciepła woda ją otulały, ale nie mogła siedzieć pod wodą w nieskończoność. Wyszła, dokładnie się wytarła, starając się odsączyć włosy jak najlepiej i założyła ponownie koszulkę mężczyzny. Jej skóra pachniała jego płynem, więc co chwilę wąchała swoje ręce. 
Kiedy znowu stanęła w sypialni, Nicholas nadal spał, jednak zdążył zmienić pozycję. Teraz leżał na brzuchu, a narzuta zsunęła się na tyle, że mogła zauważyć, że on też nie spał nago. Wciągnęła powietrze i pospiesznie wyszła z pomieszczenia, bo miała ochotę się na nim położyć. I robić wiele rzeczy, których robić zdecydowanie nie powinna. Zamknęła za sobą po cichu drzwi i ruszyła do kuchni. Nadal wychodząc z założenia, że ma się nie krępować, przeszukała wszystkie szafki, w poszukiwaniu jedzenia. Z zadowoleniem stwierdziła, że Nick ma produkty, które jest w stanie wykorzystać do zrobienia dobrego śniadania w zasięgu jej umiejętności.
Po trzydziestu minutach miała gotowe naleśniki z owocami, dżemami do wyboru, syropem klonowym i sokiem pomarańczowym. Zaparzyła też kawę, na wypadek gdyby Nicholas potrzebował kofeiny. Zabrała wszystko na tacę i powoli, bardzo uważnie, zaniosła do sypialni. 
Mężczyzna nadal spał, kiedy postawiła wszystko na stoliku i skuliła się na jednym z foteli. Wprawdzie chciała podziwiać miasto za oknem, ale facet na łóżku przykuwał jej uwagę znacznie bardziej. Patrzyła jak leżał na brzuchu, z ręką pod poduszką. Przygryzła wargę i z nieco nieobecnym wzrokiem wsadziła do ust porcję naleśnika.
— Podoba ci się? — Usłyszała zduszony głos Nicholasa, ale zupełnie się nie speszyła.
— Nawet bardzo — mruknęła.
Mężczyzna podniósł się lekko i rozejrzał po pokoju. Nadal był trochę zaspany, włosy miał rozczochrane, a twarz okraszona była ciemnym zarostem. Nasunął na siebie narzutę i ponownie opadł na poduszki, przejeżdżając dłońmi po twarzy. 
— Masz cztery sypialnie... — powiedziała spokojnym głosem, wpatrując się w niego. —Trzy, odejmując pokój twojej siostry. Dlaczego wylądowałam w twoim łóżku?
— Chciałem mieć cię na oku... — warknął. Wpatrywał się w sufit, ale czuła że dostrzegał łobuzerski uśmiech na jej twarzy. — Plus dwie pozostałe, są teraz nie do końca zdatne do mieszkania. Mały remont...
— Chciałeś mieć mnie na oku przez sen? Spoko... Jak to możliwe, że tego nie pamiętam?
— Zasnęłaś jak cię tu niosłem...
— Ach tak, przecież to mieszkanie jest tak obrzydliwie wielkie, że przejście z punktu A do punktu B zajmuje wieczność.
Zaśmiał się głośno i w końcu podniósł się wsuwając na biodra spodnie dresowe. Przeczesał dłonią włosy i siadł na przeciwko niej.
— Wygląda smakowicie... — Nalał sobie do szklanki sok i upił spory łyk, nie spuszczając wzorku z blondynki.
— Nie chwal zanim nie spróbujesz... Mam dwie lewe ręce w kuchni...
— Jest pyszne... — dodał, gdy zjadł pierwszy kęs.
— To jedna z... pięciu rzeczy którą umiem zrobić i nie spalić kuchni... I nadaje się do skonsumowania. — Uśmiechnęła się szeroko, dumna że cokolwiek jej wyszło w zakresie gotowania.
Wybuchnął śmiechem i odchylił, żeby wygodnie się rozsiąść na fotelu. Jedli w ciszy, obserwując miasto pod nimi.
— Więc to ty byłeś tym złotym dzieckiem... — Przerwała w końcu ciszę i spojrzała na niego. Upiła łyk soku i odstawiła pustą szklankę na tacę.
— Złotym dzieckiem? — Uśmiechnął się znad filiżanki z kawą.
— Jak mama jeszcze żyła, ojciec wracał często z Nowego Jorku pełen energii, zachwycony, opowiadał, że uczy takiego dzieciaka, który robi fantastyczne zdjęcia. Wierzył, że osiągnie sukces... Kiedy mama zmarła, dopóki go uczył, kochał sztukę, a kiedy tamten poszedł na swoje... Mój ojciec zerwał z tym wszystkim. Ale rany... Jak on o tobie mówił... Dlaczego nie powiedziałeś, że się znacie?
Wzruszył ramionami. 
— Nie byłem pewny co mówił o mnie w przeszłości. I myślałem, że potraktujesz mnie inaczej... Bardzo źle, że o tym nie wiedziałaś? — Uśmiechnął się i wstał z miejsca.
— Nie bardzo. Jestem raczej zszokowana — odparła spokojnie.
— Wezmę prysznic i odwiozę cię do domu. Dzięki za śniadanie... Było naprawdę pyszne... — powiedział, nachylając się, by pocałować ją w czoło.
Kiedy zniknął za drzwiami, zebrała swoją sukienkę i przebrała się w to, w czym była wczoraj. Nie miała przy sobie żadnych kosmetyków, nie wspominając o szczotce, więc po prostu związała włosy w niechlujnego koka, a twarz przetarła dłońmi, stwierdzając że skoro Nicholas już ją widział w wersji porannej, może machnąć na to ręką. Zresztą nie wyglądała bardzo źle. 
Potem posprzątała po śniadaniu, wynosząc wszystko do kuchni.
— Trochę się rządzisz, hmm? — zaśmiał się Nicholas, wchodząc do pomieszczenia w chwili gdy chowała wszystko do zmywarki.
— Wybacz. Mówiłeś: nie krępuj się. To się nie krępuję. — Uśmiechnęła się szeroko i oparła ręce na biodrach.
Miał na sobie granatowy, trzyczęściowy garnitur, błękitną koszulę i czarny krawat. Zdążył się już ogolić, a włosy zaczesał gładko do tyłu. Prezentował się naprawdę dobrze i Ivy na chwilę zapomniała o manierach, intensywnie się w niego wpatrując.
— Słusznie. Chodź. Podwiozę cię do domu w drodze do biura... — Wystawił w jej stronę dłoń. 
Zmarszczyła brwi i niepewnie ją ujęła.
— Pracujesz dzisiaj?
— Słyszałem, że jestem pracoholikiem... Ale przez wyjazd, muszę teraz nadrobić parę spraw. A potem zobaczyć się z rodzicami... 
Wsiedli do windy, w której dziewczyna wbiła się w jedną ze ścian i gdyby mogła, stopiłaby się z powierzchnią za plecami. Nicholas stał po drugiej stronie, z wyciągniętymi, skrzyżowanymi w kostkach nogami i dłońmi skrzyżowanymi na torsie.
— Nie przepracuj się... — powiedziała, lekko przygryzając wargę.
— Postaram się.
Uśmiechnęła się do niego. 
— Chyba trzeba sprawdzić jak recenzje wystawy, co? 
— Och, cholera! — krzyknęła, wyciągając telefon.
Rano widziała wiadomości, ale nie zwracała na nie uwagi. A powinna. Recenzje i sprzedaż fotografii nadal powinny być na szczycie jej priorytetów. Odebrała pierwszą.
— Mam wieści. Wszystkie zdjęcia się sprzedały.
— Świetnie... 
— Zarobiły ponad dwieście tysięcy, nieźle... Z tego co widzę, dwadzieścia tysięcy pójdzie na galerię... Reszta...
— Reszta na organizację pomagającą weteranom wojennym. Ale czekaj, czekaj... Ile? Tych ludzi popieprzyło? Te zdjęcia nie są tyle warte... — mruknął, wychodząc na podziemny parking.
— Twoje nazwisko nadal jest gorące w świecie fotografii... Koneserzy i pasjonaci są w stanie dać wiele, bo ile twoich zdjęć zostało kiedykolwiek sprzedane?
Zamyślił się na chwilę.
— No właśnie, niewiele. Teraz wystawiliśmy dziesięć fotografii, chociaż spokojnie mogliśmy dać więcej, bo dwa krajobrazy są nietknięte.
— Jeden z nich jest dla ciebie.
— Słucham? — warknęła, zatrzymując się gwałtownie.
— Jedna z tych fotografii jest dla ciebie. Druga dla twojego ojca — mruknął, niecierpliwie stukając o srebrną karoserię samochodu. — To zdjęcie, które ci się tak podobało...
— Dlaczego?
— Bo przygotowałaś świetną wystawę i ci się należy... — Zachęcił ją, żeby w końcu wsiadła do samochodu.
Ruszyła się z miejsca i w końcu wślizgnęła się do środka.
— To nie podlega dyskusji, więc zaakceptuj ten fakt, uśmiechnij się i podziękuj...
— Dziękuję. — Nie uśmiechnęła się.
— Nie ma za co. — Odpalił silnik i wyjechał na ulice Nowego Jorku.
— Cóż, w ciągu tygodnia pieniądze będą wpłacone na konto galerii. Możesz od razu wydać polecenia przelania całości na konto organizacji, albo dopilnować tego sam.
— W porządku... Przejadę się i powiem temu gnojowi, co o nim myślę... Aż mnie skręca, jak sobie pomyślę, że dostaną część dochodu.
Widziała, że był wściekły. Zaciskał palce na kierownicy i wpatrywał się w drogę przed nimi.
— Na galerię idzie dziesięć procent. Z tego pięć dla mnie, cztery dla ekipy i jeden dla nich. Oni zarobią w inny sposób za to... A teraz się uspokój, zanim nas zabijesz. — Skrzywiła się i odwróciła bokiem, żeby popatrzeć na jego profil. — Recenzje są wspaniałe. Przynajmniej z tego co piszą mi w wiadomościach ludzie.
— To znaczy, że dobrze się spisałaś.
— Nicholas, to twoje zdjęcia, ja je tylko wyeksponowałam.
Nim się obejrzała, samochód zatrzymał się pod jej domem. Spojrzała najpierw na drzwi wejściowe, a potem na Nicholasa, który nie ruszył się ani o milimetr. Patrzył na nią uważnie, czekając na jej krok.
— Dziękuję, że się mną zaopiekowałeś... Nie popisałam się wczoraj...
— Nie było tak źle. W końcu nie byłaś aż tak pijana... — Starał się naśladować jej wczorajszy głos, gdy usilnie wmawiała, że jest tylko wstawiona.
— Zmęczona, podpita i pewnie zasnęłabym czekając na metro... Albo jak zwykle w idiotycznej pozycji na kanapie. Ale ty, jak rycerz w lśniącej zbroi, przybyłeś mi na ratunek.
Ich śmiech zmieszał się w jeden dźwięk, wypełniający wnętrze samochodu.
— Daleko mi do rycerza...
— Nicholas... Czy ty chciałeś mnie poznać, bo jest córką Iana? Dlatego chciałeś, żebym zorganizowała wystawę? Powiedz szczerze. — Popatrzyła na niego swoimi hipnotyzującymi, niebieskimi oczami.
— Chciałem cię poznać, bo wydawałaś mi się fascynująca. Twoja wizja tej wystawy odpowiadała moim wyobrażeniom i oczekiwaniom. Kiedy przychodziły inne zespoły, były jak twój były szef, a ty... Zachowywałaś się jak natchniona artystka... Czy taka odpowiedź panią zadowala? — Nachylił się w jej stronę i skupił jej uwagę na swoich oczach.
— Ta... Powiedzmy, że zadowala. — Uniosła do góry kącik ust. — Sprostałam twoim wyobrażeniom?
— Może... — powiedział z lekkim uśmiechem. — Spotkaj się ze mną w piątek.
— Następna lekcja fotografii? — Uśmiechnęła się nieznacznie, nie chcąc zdradzić, jak bardzo ją to cieszy. Podobała jej się nauka pod jego okiem: był opanowany, dawał konkretne rady, pomagał się ustawić, a potem szczerze wypowiadał się na temat tego co zrobiła.
— Tak. Trwająca cały weekend.
— Cały weekend?! — pisnęła zaskoczona.
— Przygotuj aparat. Zabierz laptopa i trochę ubrań. Polecałbym jakieś swetry i kurtki. Waszyngton bywa kapryśnym stanem...
Nie mogła się powstrzymać przed szerokim uśmiechem, który pojawił się na jej twarzy. Zabierał ją pożeglować. Z trudem ukryła podekscytowanie.
— Powinnam ci zaufać? Nie chcesz mnie wykorzystać, porwać dla okupu albo zabić?
— Wtedy twój ociec zabiłby mnie...
— Mało prawdopodobne... — Nachyliła się jeszcze bardziej, żeby pocałować go w policzek.
— Myślałem, że drugą randkę i całowanie mamy za sobą...
— Uznajmy, że weekend jest drugą randką... Wczoraj byłam trochę pijana... Nie upijam się na randkach... — wymruczała i otworzyła drzwi.
— Do zobaczenia, Ivy...
wszystkie rewolucje
zaczynają się i kończą
jego ustami
- rupi kaur

Złapała go za klapy marynarki i przyciągnęła do siebie, całując namiętnie i opierając się jeszcze mocniej o ścianę. Powinien ją wyciągnąć z tego miejsca i zawieść do domu, ale nie potrafił się oprzeć. Jej pocałunek był drapieżny i intensywny. Była pewna tego, co chce. Smakowała jak wino, które zapewne sączyła cały wieczór, ale nie zdawała się pijana, jak coś to wstawiona. Przechyliła lekko głowę i przygryzła jego wargę. Odsunęła się kawałek, patrząc mu w oczy i oddychając głęboko.
— Podobała się gra? — mruknął.
— Bardzo... — Uśmiechnęła się łobuzersko i przejechała językiem po jego wargach.
— Jesteś pijana...
— Wstawiona... — Wsunęła dłonie pod jego ubranie i przycisnęła do siebie. — Zastanawiałam się, kiedy się wkurzysz... Byłam zaskoczona, że wtedy na tarasie się nie odwróciłeś...
— Odwróciłem się za późno... Byłem w szoku, że w jednym tygodniu wymiotujesz, a w drugim, że do mnie lepisz...
— Dla jasności, nie byłam wtedy pijana. Zatrułam się i panikowałam, że nie wyzdrowieję do naszego spotkania... Zarzygana pewnie bym nie zrobiła na tobie wrażenia. A tak w ogóle, wtedy nie miałam pojęcia, że to ty. Później, jak najbardziej...
— Czyli nie chciałaś mnie poderwać tamtej nocy?
— Tamtej nie. Każdej kolejnej, oczywiście. — Na jej wargach pojawił się nieznaczny uśmieszek.
Zachichotała cicho i znowu go do siebie przyciągnęła, żeby złączyć ich wargi w namiętnym pocałunku. Pozwoliła mu się smakować, odchylić głowę do tyłu. Jej oddech przyspieszył, gdy przejechał ustami po jej szyi. Muzyka dudniła w ich ciałach, a odległe światła z sali głównej, rzucały cienie na twarze. Ludzie, którzy ich mijali, nawet nie zwracali uwagi, bo takie sceny były tu normą. Dopóki by się nie zaczęli pieprzyć, byli raczej niewidzialni dla większości. 
Spuściła wzrok na trzymany przez niego telefon, który dawał znać o połączeniu.
Pokazał jej, żeby poczekała i odebrał.
— Tak... Znalazłem... Kurwa... — warknął, gdy dziewczyna wróciła na salę. — Jest w klubie, ale właśnie zniknęła w tłumie. Spokojnie, Ian. Nie wymknie się. 
Schował telefon do kieszeni spodni i wyszedł na salę, rozglądając się za Ivy. Krążył między ludźmi piętnaście minut. W końcu dostrzegł ją, jak w jednym z korytarzy szarpie się z jakimś facetem, który najwyraźniej nie chciał pozwolić jej odejść. Collins zaczął przeciskać się między ludźmi, widząc jak nieznany oprawca, ciągnie dziewczynę do wyjścia z baru. Po kilku, wyjątkowo długich, minutach wyszedł przed klub i spojrzał na boki. Blondynka siedziała na murku przed klubem, z głową opuszczoną między kolana. Wysunęła dłoń w jego stronę, gdy tylko stanął za blisko.
— Odsuń się... — mruknęła.
— Hej... Jesteś cała? — spytał, kucając przed nią.
— Mhm... Trochę mi się słabo zrobiło... — powiedziała z bladym uśmieszkiem. — Kopnęłam go w jaja... — zaśmiała się cicho i wskazała na faceta, który stał pod ścianą, trzymając się za krocze. — Przez przypadek...
Zdjął z siebie marynarkę i narzucił jej na ramiona, lekko rozcierając je, bo dziewczyna drżała.
— Czemu uciekłaś?
— Bo wydawało mi się to dobrym pomysłem... — mruknęła. — No wiesz... Złap mnie, jeśli potrafisz...
Pomógł jej wstać i spojrzał, jak jego kierowca otwiera dla nich drzwi. Objął ją i zaprowadził do samochodu, po czym zajął miejsce obok niej.
— Spójrz na mnie — rozkazał. — Będziesz wymiotować?
— Co? Nie. Raczej nie... Muszę się położyć. Nic mi nie jest... Zawieziesz mnie do domu?
— Wszyscy tam na ciebie czekają... — mruknął.
— Dlaczego...? — warknęła. — Kurwa... — Wcisnęła mu w dłoń telefon, który leżał między nimi na siedzeniu. — Zadzwoń, powiedz że się upiłam i zabierasz mnie do siebie. A potem mnie odwieź do domu... 
— Czy ty mi rozkazujesz? — Uniósł do góry jedną brew.
— Nie pierwszy raz... — Uderzyła głową w oparcie i popatrzyła do góry. — Proszę...
— Nie powinnaś być sama. — Wybrał kontakt i już po chwili usłyszał głęboki głos jej ojca. — Znalazłem ją. Jest trochę pijana, ale cała. Zabieram ją do siebie. Dlaczego? Żeby mieć ją na oku... — Uśmiechnął się łobuzersko w jej stronę, na co wywróciła oczami. — Tak, powiem, żeby zadzwoniła rano. Nie martw się...
— Świetnie, a teraz zabierz mnie do domu... — warknęła, gdy odłożył telefon.
— Taki mam zamiar... — Rozsiadł się wygodnie i odwrócił głowę, żeby na nią spojrzeć.
Nadal była trochę blada i z trudem trzymała głowę w pionie, ale w oczach malowała się złość.
— Do mojego domu.
— Nie ma takiej opcji. Obiecałem twojemu ojcu, że się tobą zaopiekuję...
Jęknęła zrezygnowana, bo nie miała siły z nim dyskutować i się spierać. Alkohol, zmęczenie i nadmiar wrażeń skutecznie zniechęciły ją do walki i pozwoliła się zabrać do jego mieszkania.

— Gdzie masz łazienkę? — spytała, gdy otworzył przed nią drzwi do ogromnego apartamentu. — Co jest z wami bogaczami, że macie obrzydliwie wielkie mieszkania, a żyjecie sami? — Odwróciła się do niego na chwilę. 
Patrzył na nią rozbawiony, opierając się o framugę.
— Ile jest tu sypialni?
— Cztery.
— Po co? 
— Bo tak jest zaprojektowane to mieszkanie? — odparł z uśmiechem.
— Po co tobie tyle sypialni? — Drążyła.
— Znajomi czasami zostają po spotkaniach. Moja siostra ma tu pokój, bo często nie może wytrzymać z rodzicami... Mój przyjaciel z Chicago zatrzymuje się tutaj, a nie w hotelu. — Wzruszył ramionami.
Blondynka uniosła do góry brew i skrzyżowała ręce na piersiach. 
— Na cholerę ci takie duże mieszkanie? 
Zaśmiał się głośno.
— Bo mnie stać. Metraż jest tylko trochę mniejszy od penthouse'a na górze, ale tam jest sześć sypialni i w dodatku ta wysokość... — Skrzywił się. — Tu mam biuro, w którym mogę pracować i ciemnię, na którą przerobiłem jeden z pokoi. Lubię przestrzeń i nie lubię ograniczeń. Nie analizuj tego nadmiernie, Ivy. My bogacze tak już mamy, że lubimy pławić się w luksusach... — Nachylił się nad nią i puścił oczko. — Tu masz jedną łazienkę... — Wskazał na drzwi za nią. — A jak wejdziesz tu... — Odsunął drzwi do sporego przedsionka. — Po lewej, od strony okien jest znacznie większa — dodał. — Powinnaś zjeść... Przygotuję coś... Nie krępuj się...
Nie miała zamiaru. Wkroczyła do pomieszczenia i rozejrzała się. Podłoga była z jasnego dębu, ściany miały szary kolor, a na wprost drzwi, które właśnie przekroczyła, były kolejne, zamknięte. Trochę powyżej linii jej spojrzenia, wisiały czarno-białe fotografie. Jednak to ściana po lewej stronie ją zachwyciła. W całości była złożona z wielkich okien i parapetów przerobionych na siedziska. Naprzeciwko stało podwójne łóżko, kanapa i dwa fotele. Na stoliku leżał laptop i jakaś książka. Zauważyła drugie drzwi, po drugiej stronie korytarza. Te jednak były otwarte, więc weszła. Garderoba. Ściany po obu stronach zajęte były przez starannie wyprasowane koszule w różnych kolorach, spodnie i marynarki, a także kamizelki. Na półkach leżały krawaty, buty, zwykłe jeansy i koszulki. Przejechała dłonią po drogich materiałach, wiedząc jak każda z tych części garderoby, dobrze wygląda na właścicielu. Spojrzała na swoją sukienkę i doszła do wniosku, że potrzebuje prysznica, a nie będzie paradować w kiecce całą noc. Miała się nie krępować? Chwyciła jeden z szarych t-shirtów i weszła dalej, do dużej łazienki, z wanną ustawioną pod kolejnym ogromnym oknem. Po lewej miała przeszklony prysznic, półkę z umywalką i toaletę.
— Chcę być obrzydliwie bogata... — mruknęła pod nosem i skierowała się w stronę prysznica.

Kiedy wróciła do wejścia do mieszkania, zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu kuchni. Weszła do wielkiego salonu, w którym stał fortepian, wygodne kanapy i fotele, a także duży stół z mnóstwem krzesełek. Z pomieszczenia obok dobiegała cicha muzyka, więc Ivy założyła, że to tam jest kuchnia. Ściany, tak jak w sypialni, zdobiły fotografie. Zatrzymywała się, żeby je pooglądać. Były zrobione przez Nicholasa. Widziała w nich jego styl. Uśmiechnęła się pod nosem i wkroczyła do sporej kuchni, po której krzątał się mężczyzna. Zdążył już zdjąć marynarkę, rozpiąć u góry koszulę i podwinąć jej rękawy aż do łokci.
— Czym sobie zasłużyłam, żeby skorzystać z głównej łazienki, panie Collins? — spytała, podchodząc do wyspy i siadając przy niej. Obserwowała, jak spokojnie przesuwa się w jedną i drugą stronę, biorąc coś z szafek. Nie odwrócił się do niej, a jednak wiedziała, że się uśmiecha. 
— Świetnie sobie poradziłaś z wystawą... — W końcu odsunął się od blatów i odwrócił w jej stronę, stawiając przed nią kubek z parującą herbatą i talerz z kanapkami. 
Aż pociekła jej ślinka, bo wyglądały smakowicie, a ona chyba dotychczas nie zdawała sobie sprawy, jaka jest głodna. Chwyciła jedną z nich i ugryzła. 
— Rozumiem, że to podziękowanie za moją ciężką pracę. Tylko masz problem... Mogę się kiedyś ukryć w twojej garderobie i tam zamieszkać. Ta wanna i widok z niej sprawia, że mam ochotę rozmoknąć, leżąc w niej do końca życia... — zaśmiała się cicho.
— Wiesz, budzenie się w łóżku z takim widokiem też jest niezłe, a jednak nie ryzykuje się rozmoknięcia... — Uśmiechnął się do niej i przyjechał palcem w kąciku jej ust, ściągając z jej skóry kawałek awokado. — Zaraz wracam... — dodał i zniknął za drzwiami.
Ivy dopiero teraz wypuściła powietrze, które wstrzymywała od kilkunastu sekund. Zatopiła zęby w kolejnej kanapce i odwróciła się w stronę okna. Nowy Jork był jak zwykle oświetlony tysiącami świateł i hipnotyzował. Zauważyła, że wzdłuż szyby, między dwoma kawałkami ściany, jest kolejny wąski blat i trzy krzesełka. Przeniosła się tam, żeby móc podziwiać krajobraz. Upiła łyk gorzkiej herbaty. Normalnie chciałaby ją posłodzić, ale po dzisiejszym winie, postanowiła nie kusić losu.
Krzyknęła głośno, gdy usłyszała stuknięcie za sobą. Szybko spojrzała w tamtym kierunku, tylko po to, by zobaczyć niewielkiego kota, siedzącego na wyspie i przyglądającego się jej uważnie. Miał niesamowite szare futerko, które zdawało się wyjątkowo miłe w dotyku i przenikliwe niebieskie oczy. Ona, rzucała mu nieufne spojrzenie. Zwierzęta jej nie lubiły. Pewnie dlatego, że czuły, iż jest złym człowiekiem.
— Spokojnie, to tylko Bob — powiedział Nicholas, wracając do pomieszczenia.
— Bob, serio? Nie mogłeś mu wymyślić innego imienia? — Wywróciła oczami, nadal na niego nie patrząc. Obserwowała zwierzę, bojąc się, że zaraz ją zaatakuje.
— Gdzieś je usłyszałem i tak zostało. — Podszedł do zwierzęcia i wziął je na ręce. Bob mruknął tylko z zadowolenia, gdy podrapał go za uchem. — Pasuje do niego.
— Nie zaprzeczę. — Odsunęła się nieznacznie, gdy zbliżył się do niej.
— Co ty, boisz się?
— Nie ufam kotom, nie lubią mnie... — mruknęła, wracając do jedzenia. — Czują, że jestem złym człowiekiem.
— A to dobre. Daj rękę...
— Posrało cię?! Nie dotknę tej bestii z ostrymi pazurami i wielkimi kłami!
— No przecież cię nie zje! Zwierzęta zachowują się w stosunku do nas jak my do nich... — Pociągnął Ivy za rękę i położył ją na grzbiecie zwierzaka. — Widzisz?
Kot tylko mruknął i wtulił się w właściciela.
— Patrzy na mnie nieufnie.
— Bo jesteś nowa w jego otoczeniu. Pogłaskaj go, daj mu uwagę i nakarm, a jestem pewny, że ten mały zdrajca pokocha bardziej ciebie niż mnie — zaśmiał się, odstawiając niezadowolonego kota na ziemię. — Gdyby mógł, pewnie już dawno poprosiłby o azyl u mojego przyjaciela, bo nie schodzi mu z kolan, gdy tu jest. W każdym razie... Siostra błagała, żebym wziął jednego, bo jej koleżance urodziły się trzy, a nie miała na nie warunków. No i mieszka ze mną od niecałego roku.
— Ładny...
Akurat to musiała przyznać, że kot naprawdę był uroczy. Wprawdzie nadal czuła się przy nim niepewnie, ale jego niebieskie oczy, obserwowały ją z zaciekawieniem, a nie otwartą nienawiścią.
— Okey, rozumiem chęć posiadania tego mieszkania... — powiedziała, zmieniając pospiesznie temat. — Chcę uprawiać seks w twojej wannie... — zawiesiła na chwilę głos, słysząc, jak Nicholas krztusi się herbatą. — I pod prysznicem... Taki widok! — krzyknęła, wpatrując się w krajobraz przed sobą.
Kochała Nowy Jork. Może trochę za bardzo.
— Czy to jakaś propozycja?
— A co? Zgodziłbyś się? — Rzuciła mu najbardziej uwodzicielskie spojrzenie, jakie była w stanie po tylu kieliszkach wina.
— Jesteś pijana.
— Wstawiona! — krzyknęła oburzona.
— Tak, tak... Wstawiona — odparł i zajął miejsce obok niej. Miał na sobie czarne, dresowe spodnie i zwykły biały t-shirt. — Podoba ci się moja koszulka?
— Wygląda na mnie znacznie lepiej niż na tobie... — Uśmiechnęła się łobuzersko i podsunęła mu talerz z kanapkami. Liczyła, że wróci z mniejszą ilością ubrań na sobie, ale fakt, że mogła podziwiać jego wyrzeźbione przedramiona, musiał jej na razie wystarczyć.
— Bywasz bezczelna, co? Ale muszę się zgodzić... — mruknął i wziął jeden z kawałków chleba. — Powiesz mi, co się dzisiaj wydarzyło?
Wzruszyła ramionami i utkwiła wzrok w Central Parku.
— Czemu rzuciłaś pracę?
— Bo mój szef to fiut — warknęła z brutalną szczerością, nie przejmując się wulgaryzmem, jaki wydostał się spomiędzy jej warg.
— To dlaczego nic nie powiedziałaś?
— Bo chciałam zorganizować twoją wystawę... — Popatrzyła w końcu na niego. — Z której uciekłeś. Nie ładnie. — Skarciła go wzrokiem. — Dlaczego?
— Bo zniknęłaś i nie odbierałaś telefonu. Skoro tak ci zależało na tej wystawie i nagle wyszłaś, to musiało stać się coś złego. 
— Cóż... Dziękuję. Mimo wszystko. Ale nie wydarzyło się nic złego... 
Złapał ją za kark i popatrzył prosto w oczy, zupełnie unieruchamiając jej głowę. Jego dłoń na jej skórze sprawiła, że zrobiło jej się gorąco. Mimo siły w tym geście czuła jak delikatnie uciska jej napięte mięśnie. Z trudem przełknęła kęs kanapki, nadal patrząc się prosto w jego oczy. Po prostu nie mogła spuścić wzroku.
— Jak się czujesz? — zapytał ostrym głosem. Wiedziała, że musi odpowiedzieć i nie da rady się wykręcić.
— Znośnie. Trochę boli mnie głowa. Cóż najwyraźniej wino mi dzisiaj szybko weszło... I chyba za dużo wrażeń jak na jeden dzień... — zaśmiała się cicho, nie spuszczając wzroku z jego oczu. — Naprawdę... Wyśpię się i będę jak nowo narodzona. Jestem po prostu zmęczona...
— W porządku... — mruknął, w końcu ją puszczając. Zajął się jedzeniem i zamilkł na dłuższą chwilę.
— Dlaczego się tak uparłeś, żebym przyjechała tutaj?
— Chciałem cię mieć na oku — odparł rzeczowo.
— Ale dlaczego?
— Czuję ogromną potrzebę, żeby cię powstrzymać przed robieniem głupstw jak uwodzenie obcego w klubie... — mruknął ironicznie i znowu na nią popatrzył. Był śmiertelnie poważnie.
— Nie byłeś obcy... 
— Nie byłaś przypadkiem zmęczona? — mruknął i wstał z miejsca. 
Obserwowała go, jak sprząta i wkłada naczynia do zmywarki. Uśmiechnęła się lekko pod nosem i zeskoczyła z krzesełka, żeby się rozprostować. Jego koszulka sięgała jej ledwo za pupę, jednak gdy uniosła ręce do góry, odsłoniła czarną, koronkową bieliznę, którą miała na sobie. Słyszała, jak mężczyzna wciąga głośno powietrze. Jej nogi były szczupłe, pośladki jędrne, a gdy materiał koszulki napiął się na jej piersiach, widać było, że dziewczyna ma w jednym z sutków kolczyk. Dopiero teraz zauważył, że na stopie miała jeszcze jeden tatuaż. Za kostką prawej stopy, miała dwie niewielkie gałązki lawendy. Wprawdzie całość była w bardzo jasnych, nieco wyblakłych barwach, jednak kwiatuszki były widocznie fioletowe. Tak jak w przypadku orchidei, sposób wykonania nasuwał na myśl obrazy namalowane akwarelami.
Zamknęła oczy i ziewnęła, zasłaniając usta.
— Chyba jestem bardzo zmęczona... — mruknęła, słysząc, jak jej kości wskakują na swoje miejsce. Skrzywiła się. Nienawidziła tego dźwięku. 
Patrzyła, jak Nicholas chwilę jej się przypatruje, po czym podchodzi i bez słowa bierze ją na ręce. Pisnęła zaskoczona, ale pozwoliła się zanieść tam, gdzie chciał, żeby spała.