Choć mówią, że jestem Piękna, bliżej mi do Bestii. Los obdarzył mnie sercem z odłamkiem magicznego lustra Królowej Śniegu. Nie byłam w stanie pokochać. Byłam oschła i oziębła. Trzymająca ludzi na dystans... Mieszkałam w zamku, do którego nikogo nie wpuszczałam. Sama wychodziłam tylko czasami, żeby odciąć się od tego, co dzieje się w mojej głowie.
Ale przecież życie to nie bajka. Nic nie jest tylko czarne albo tylko białe. Od jakiegoś czasu wszystko wydaje mi się bardzo skomplikowane, chociaż nie powinno. Bo w końcu albo się kogoś kocha albo nie, prawda? Przecież wszystkie lęki i bariery siedzą w naszych głowach i jedyne co musimy zrobić... To mieć odrobinę silnej woli, by to sobie uświadomić.
Tamtej nocy wróciłam do mieszkania później niż powinnam. Zatłoczony Nowy Jork nie jest do końca bezpieczny po zmroku dla samotnych kobiet jak ja. Szczególnie tych, ze złamanym sercem. Wyglądają na łatwy cel. I takim właśnie są. Nieuważne, załamane, zrozpaczone, poszukujące ciepła i zrozumienia.
Popełniłam błąd. Podjęłam złą decyzję. Nie raz tak jeszcze zrobię. Ale w tamtym momencie, chciałam zamknąć się w mieszkaniu i wyć. Czułam się tak, jakby ktoś rozrywał mnie na kawałki. Jakby moje ciało się rozpadało, płuca zapadały, a skóra płonęła. Każda komórka chciała do niego, a ja go odrzuciłam. Zmiażdżyłam mu serce, zawiodłam i złamałam. Więc wyjechał... Odszedł tak jak chciałam.
Głupia ja.
Następny ranek powitał mnie słońcem i śniegiem prószącym z nieba. Miałam wrażenie, że spadają gwiazdy i pomimo powtarzania w kółko tego samego marzenia, ono uparcie się nie spełniało. Więc jak mantrę mówiłam sobie o poranku, w południe, wieczorem i w samym środku nocy:
Niech zdarzy się cud. Niech on do mnie wróci.
Ale telefon milczał. Nikt nie pukał do drzwi. Mieszkanie nagle zdawało się być jak na drugim końcu świata: dalekie i niedostępne.
A ja leżałam ze wzrokiem wbitym w pustą ścianę i dwa dni nie miałam ochoty się ruszyć. Wiedziałam, że zapłacę za wszystko co zrobiłam. Ale strach mnie paraliżował. Nie potrafiłam sobie poradzić z demonami siedzącymi w mojej głowie. Nadal nie potrafię. Ale z nim było łatwiej.
Wstałam z łóżka dopiero, gdy ona wpadła do mojego mieszkania, nie wiedząc co się ze mną dzieje, chwaląc siebie, za dorobienie kluczy. Jej wrzaski raniły moje uszy, a radosne promienie skaczące po ścianie, oczy i serce. Awantura jaką mi urządziła umilkła, gdy zobaczyła w jakim jestem stanie. Chyba wyglądałam jeszcze gorzej niż się czułam, chociaż myślałam, że to niemożliwe. Nie była nawet pewna czy żyję, bo moja klatka piersiowa się ledwo unosiła.
Ale oddychanie bolało. Więc nabierałam mniej powietrza. Nie umiałam oddychać pełną piersią. I dopiero wtedy sobie to uświadomiłam.
Nie wiedziała co się stało. Chciała mnie zabrać do lekarza, wezwać specjalistów. Ale to by nie pomogło na złamane serce.
Więc wstałam i siadłam przed komputerem. Wpatrywałam się chwilę w ekran i migający kursor... Nie wiedziałam jak zacząć...
— Ktoś strzelił ci prosto w serce, Skarbie.
Te słowa nadal dudniły mi w głowie, chociaż wypowiedziane zostały kilka dni temu. Obca od razu mnie rozgryzła. Dotknęła tego punktu, który bolał najbardziej. A liczyłam, że to nie takie oczywiste, że przemknę przez miasto niezauważona, by oddać się rozpaczy w domowym zaciszu.
Więc zaczynam od końca. Historię, która może się wydawać banalną. Niemal bajkową. Ale nie liczcie na szczęśliwe zakończenie i dopisek: I żyli długo i szczęśliwie.
_____
Z informacji czysto technicznych: nie jest to prolog. To wprowadzenie do opowiadania. I nie, nie będzie ono pisane z punktu widzenia głównej bohaterki, aczkolwiek co jakiś czas będą pojawiały się takie przerywniki, które będą odsłaniać jej uczucia i przemyślenia, dotyczące najważniejszych wydarzeń w danej części. Jeszcze nie wiem czy będą to oddzielne fragmenty, czy takie, dopisane do rozdziału. W każdym razie niemal wszystko kursywą to jej przemyślenia.
Na oficjalny prolog zapraszam w przyszłym tygodniu ;)