— Ktoś strzelił ci prosto w serce, skarbie.
Zmarszczyła brwi i odwróciła wzrok w stronę starszej kobiety, która siedziała obok niej w jednym z wagonów metra. Blondynka niespecjalnie zwracała uwagę na ludzi dookoła niej, dopóki ta staruszka się do niej nie odezwała.
— Słucham? — Nie była pewna, czy dobrze zrozumiała. Obca osoba sugeruje, że ktoś ją... postrzelił?
— Wyglądasz jak ktoś ze złamanym sercem.
— Sama je sobie złamałam — mruknęła pod nosem i spojrzała na swoje złączone dłonie.
— Czyli jesteś jedną z tych silnych i niezależnych kobiet? — Dociekała staruszka. Wyglądała na przyjazną. Nie była jedną z tych nawiedzonych bab, które zawracają głowę wszystkim dookoła, starając się wyciągnąć ze swojego kapelusza dobrych rad, kolejną. Bo przecież one zawsze znają odpowiedź na wszystkie problemy i pytania. Nie była też typem tych, które o wszystko się czepiają. Miała na głowie wełnianą, szarą czapkę, która niemal zlewała się z jej siwymi włosami. Na jej twarzy malował się czuły uśmiech, którego dziewczyna zupełnie nie rozumiała. Była obcą osobą. Nie trzeba było zwracać na nią uwagi, bo była jedną z prawie ośmiu i pół miliona mieszkańców tego miasta. Czy wyglądała aż tak żałośnie, że ktoś postanowił się ulitować?
— Raczej nie...
Wyciągnęła pospiesznie lusterko i przejrzała się w nim. Pięknie. Jej tusz rozmazał się na połowie twarzy, po szmince zostały tylko marne mazy, wskazujące na intensywne gryzienie i odrywanie wysuszonych skórek. Nienawidziła zimy. Nienawidziła jak jej ciało na nią reagowało. Nienawidziła świątecznej atmosfery, która nic dla niej nie znaczyła i nienawidziła wszystkich swoich fobii. W sumie, to wielu rzeczy nienawidziła w życiu. Czasami miała wrażenie, że zachowuje się jak zgryźliwa stara panna, chociaż miała zaledwie dwadzieścia cztery lata, a status singielki był z wyboru, a nie z powodu braku zainteresowania. Nie chciała się angażować i mieć zobowiązań. A przynajmniej tak sobie dotychczas wmawiała.
Oprócz Damiena. Damien był jej ulubionym męskim zobowiązaniem, które nigdy nie zadawało pytań, nie przywiązywało się i nie oczekiwało nic więcej, poza seksem.
Aż do czasu, gdy wszystko się zmieniło, a ona... Cóż, ona oszalała na punkcie kogoś innego.
Poczuła jak kobieta podtyka jej pod nos paczkę chusteczek.
— Cóż, żaden człowiek nie jest tak silny, żeby nigdy nie zapłakać. A jeśli ktoś mówi, że nie płakał - kłamie. Wszyscy mamy emocje — powiedziała cicho staruszka, przysuwając się do dziewczyny.
Ivy wysmarkała nos i postarała się zetrzeć resztki tuszu z policzków.
— Musiałaś go strasznie kochać, skoro tak płaczesz...
— Ja... Nie, skądże... Właśnie dlatego to zakończyłam, żeby... nie — jąkała się, czując jak kolejna fala szlochu skrada się z otchłani jej organizmu.
— Och, starej nie oszukasz, dziewczyno. Możesz okłamywać siebie. Tego ci nie zabronię. Ale mi oczu nie mydl. Żyję wystarczająco długo, żeby zobaczyć nieszczęśliwą, zakochaną kobietę.
— Ja nie kocham.
Kobieta prychnęła.
— Jakbyś miała na to wpływ. To się po prostu dzieje. Wy młodzi, nadal wierzycie, że możecie się odciąć i udawać, że potraficie nad tym zapanować. Ale tak nie jest... — Westchnęła kobieta. — Miłość to cudowne uczucie. Nie da się bez niej żyć. Ona nas uskrzydla, wydobywa głęboko skrywane cechy. Wymaga poświęcenia i zaufania, ale kiedy pozwolimy, żeby ogarnęła nas całych... To tak jakbyśmy zaczęli stosować najlepszy dla nas narkotyk.
— A co z cierpieniem? — mruknęła dziewczyna, wciągając powietrze nosem. Chciała usilnie powstrzymać napływającą wodę, która za moment, nieelegancko zaczęłaby się sączyć w stronę jej warg.
— A czy bez miłości nie cierpisz? Zawsze cierpimy, czy kochamy czy nie. Poza tym... kochasz kogoś, prawda? Rodzinę, przyjaciół? Czymże się to różni od pokochania mężczyzny?
Popatrzyła na nią zaskoczona. Nigdy nie spojrzała na to w ten sposób. Nigdy nie zastanowiła się nad tym, że przecież i tak kogoś kocha, czy o tym myśli, czy nie. Czy przyznaje się do tego i wypowiada te słowa na głos, czy tłumi je wewnątrz swojego umysłu.
— Jeśli odrzuciłaś kogoś, kto cię kocha, czyż go nie zraniłaś? Sama się tego boisz, a narażasz na to innych ludzi...
— Jestem egoistką, która nie zasługuje na miłość...
— Każdy zasługuje na miłość... — powiedziała kobieta, wstając z miejsca. Ivy zauważyła, że zbliżają się do Grand Central. To oznaczało, że ona jedzie jeszcze pięć stacji. — I na przebaczenie. Ale tylko jeśli sam tego chce... Nie płacz. Jesteś na to zdecydowanie za ładna. Wierzę, że jesteś w stanie rozwiązać swoje problemy i uwierzyć, że miłość to coś cudownego...
— Ja... dziękuję... — powiedziała, patrząc jak kobieta znika w tłumie ludzi na stacji. Ivy odwróciła się tyłem do przejścia i wyjrzała przez okno, za którym przesuwała się jedynie czarna ściana tunelu. Może faktycznie popełniła błąd... Może pochopnie to wszystko oceniła. Może pozwoliła, żeby jej demony wygrały i przejęły kontrolę nad jej życiem. A obiecała sobie, że to koniec.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, że już tą kobietę kiedyś widziała, ale nim zorientowała się, że może już się spotkały, pociąg ruszył. Chwilę później zatrzymał się ponownie na kolejnej już stacji.
Momentalnie zerwała się z miejsca.
Kochać jest łatwo. To, można powiedzieć, jak z samochodem: wystarczy włączyć silnik, dodać gazu i wyznaczyć sobie cel podróży. Ale być kochaną to tak jak przejażdżka z kimś innym, jego samochodem. Nawet, jeśli uważasz tego kogoś za dobrego kierowcę, zawsze pozostaje ten podskórny strach, że może się pomylić, a wtedy w ułamku sekundy wystrzelicie oboje przez przednią szybę na spotkanie śmierci. Być kochaną może oznaczać największy koszmar. Bo miłość to rezygnacja z panowania nad własnym losem. A co się stanie, jeśli w połowie drogi postanowisz zawrócić albo skręcić w bok, a nie masz na to jako pasażer żadnego wpływu? - Jonathan Carroll